Artykuł niniejszy otrzymaliśmy na adres redakcyjnej poczty. Publikujemy go bez skrótów i adjustacji.
W 2002 roku biskup Stanisław Gądecki został skierowany do Poznania, by „wyciszyć” konsekwencje wydarzeń związanych z osobą arcybiskupa Paetza. Tak się nowemu metropolicie „wyciszanie” spodobało, że szybko rozejrzał się za następnymi kandydatami do tegoż. Wyciszał więc kolejne problemy. Kler kochał go coraz ciszej, wierni coraz ciszej szanowali, a i o inicjatywach arcypasterza właściwych jego urzędowi słyszano coraz mniej. Zaległa cisza. Koniec końców na celowniku arcybiskupa pojawili się poznańscy tradycjonaliści. Ci jednak „wyciszyć” się nie dali, a po odpustach rozległ się głośny wrzask, że „hołota listy pisze”. Do Rzymu rzecz jasna. A w Wiecznym Mieście, po tym, gdy odesłano już za Alpy wielu amatorów ciastek z kremem, arcybiskup wyciszać już nie miał możliwości. Kobiety w furii tłuką talerze, a arcybiskupi – jak się okazało – zabierają się za stare ołtarze. I tak właśnie zrobił Abp Gądecki.
Przez Wielkopolskę przeszła fala „wyciszeń”. Począwszy od ołtarza głównego Katedry Poznańskiej, który barbarzyńsko odarto z obrusów, kwiatów, lichtarzy i pozostawiono golusienkim jak w najsmutniejszym dniu roku – jak w Wielki Piątek. Taki proceder nazwano „wyciszaniem starych ołtarzy”. Presji Ostrowa Tumskiego ulegli nawet rządcy kościołów zakonnych. U poznańskich franciszkanów, gdzie odprawia się Mszę trydencką, wyciągnięto portatyle z ołtarzy bocznych, a w opustoszałe nisze powkładano doniczki z kwiatami (sic!).
Tymczasem z Rzymu nadchodziły kolejne wieści o tym, że Ojciec Święty przejawia niezdrowe zainteresowania tekstylno-estetyczne, sącząc jad tradycjonalizmu w zdrową tkankę posoborowego Kościoła. Nie pomagało już zaklinanie rzeczywistości potokami słów o „pontyfikacie kontynuacji”, ni pocieszanie się, że „stary, chory i go przeczekamy”. Nad Wartę powoli docierała przerażająca świadomość, że Benedykt XVI może dożyć wieku Leona XIII i panować długo jak Pius IX (nawet jeśli matematycznie jest to nie do pogodzenia). Sytuacja zaczęła domagać się zdecydowanych działań.
Tak oto katolicy w Grodzie Przemysła mogą stać się świadkami kolejnej fali dewastacji, których zwiastunem jest potraktowanie ołtarza z kościoła Najświętszej Marii Panny na Ostrowie Tumskim. Kościółek ten spłonął w czasie II Wojny Światowej, a w latach pięćdziesiątych odnowił go znany artysta Wacław Taranczewski wykonując nie tylko polichromie, ale i ozdabiając go ołtarzem. Obecnie, pod pretekstem prac archeologicznych i konserwatorskich arcybiskup Gądecki postanowił pozbyć się tego przedsoborowego poliptycznego przeżytku. W środowiskach artystycznych Poznania i Krakowa zawrzało. Kuria wyciszyła jednak sytuację stwierdzeniami, że ołtarz usunięty został tylko czasowo. I tak znów ucichło.
Ucichło, bo ani historycy sztuki, ani dziennikarze do końca nie zdają sobie sprawy z rzeczywistego źródła niechęci Arcypasterza do owego ołtarza. Kościółek NMP ma w przyszłości, jak twierdzą niektórzy duchowni, stać się siedzibą wspieranego przez Kurię Stowarzyszenia „Ośrodek Śpiewu Gregoriańskiego”. By jednak muzykom nie przyszło do głowy coś głupiego – czyli Msze święte w dawnym rycie – należało zawczasu usunąć ołtarz i ustawić mebel, by można było celebrować zza kontuaru. Nie idzie tu więc o żadne remonty, archeologię, estetykę, ale o to, że Rzym może sprawić, iż za kilka miesięcy takie przenosiny nie będą możliwe. Arcybiskup wyciszył więc ołtarz na amen. W swym zapale zapomniał nawet o tym, że to wotum na 25 lecie sakry arcybiskupa Dymka, któremu do pięt… i tak dalej.
Być może podobny los czeka kościółek Najświętszej Krwi przy ul. Żydowskiej? Poprzedni remont objął całe wnętrze oprócz ołtarza, bowiem konserwator miejski nie chciał się zgodzić na dewastacje i wstawienie mebla. Obecne porozumienie miedzy Kurią a urzędem konserwatorskim nie wieszczy niczego dobrego. Trzeba bacznie się sprawie przyglądać.
Jacques Blutoir
środa, 30 lipca 2008
wtorek, 29 lipca 2008
"Katolicka" Agencja Informacyjna zaprasza na luterską "ewangelizację"
KAI w dzisiejszym komunikacie informuje o wielkiej "akcji ewangelizacyjnej" przygotowywanej w Mrągowie przez Centrum Misji i Ewangelizacji "Kościoła" Ewangelicko-Augsburskiego. Do dyskusji, wspólnych modlitw i wieczornych koncertów, które potrwają od 17 do 24 sierpnia nad jeziorem Czos, zachęcani są dorośli, dzieci i młodzież.
Owa tylko z nazwy "Katolicka" Agencja Informacyjna w trosce o zbawienie swoich czytelników bynajmniej nie przestrzega przed zgubnymi skutkami działania tej odszczepieńczej sekty. Wręcz przeciwnie - na zakończenie zamieszcza wiadomość o terminie zgłoszeń do udziału w opisywanej imprezie, podając dane kontaktowe organizatorów.
Owa tylko z nazwy "Katolicka" Agencja Informacyjna w trosce o zbawienie swoich czytelników bynajmniej nie przestrzega przed zgubnymi skutkami działania tej odszczepieńczej sekty. Wręcz przeciwnie - na zakończenie zamieszcza wiadomość o terminie zgłoszeń do udziału w opisywanej imprezie, podając dane kontaktowe organizatorów.
"A tą [wiarę], którą niedawno djabelski posłaniec i ślubów Bogu uczynionych gwałtownik, cielesny i rozpustny Luter przyniósł, a nietylko jej cudami nie potwierdził, ale ją sprośnym żywotem pomazał, niech się słusznie brzydzą, bo nie jest to wiara Chrystusowa, ale tajemne i do pogaństwa wiodące bałwochwalstwo."
o. Piotr Skarga SI, Żywoty Świętych, Obrok duchowny do żywota ś. Ludgera, Biskupa Monasterskiego, Apostoła Saskiego.
"Z tych samych przyczyn, z jakich powstawały dawniejsze herezje powstał także protestantyzm wszystkich odcieni, a mianowicie z pychy i namiętności twórców swoich i krzewicieli. Głęboko ubolewać trzeba nad nieszczęściem tych ludów, których oszukano i skrzywdzono w posiadaniu największego dobra w tym życiu, używając już to chytrości, podstępu i obłudy, już to gwałtu i brutalnej przemocy; pożałowania godni są dzisiejsi protestanci, którzy są ofiarami owej walki, jaką rozumowi i obyczajom w XVI. wieku wypowiedziano, wprowadzając smutny i dotychczas nie usunięty rozłam w chrześcijaństwie. Dziwić się trzeba, jak może wykształcony protestant, znający początki i rozwój historii swego wyznania, mimo to żywić dla niego jakikolwiek szacunek."
ks. dr Jan Żukowski, O źródłach niewiary, Lwów 1903, s. 376-377.
o. Piotr Skarga SI, Żywoty Świętych, Obrok duchowny do żywota ś. Ludgera, Biskupa Monasterskiego, Apostoła Saskiego.
"Z tych samych przyczyn, z jakich powstawały dawniejsze herezje powstał także protestantyzm wszystkich odcieni, a mianowicie z pychy i namiętności twórców swoich i krzewicieli. Głęboko ubolewać trzeba nad nieszczęściem tych ludów, których oszukano i skrzywdzono w posiadaniu największego dobra w tym życiu, używając już to chytrości, podstępu i obłudy, już to gwałtu i brutalnej przemocy; pożałowania godni są dzisiejsi protestanci, którzy są ofiarami owej walki, jaką rozumowi i obyczajom w XVI. wieku wypowiedziano, wprowadzając smutny i dotychczas nie usunięty rozłam w chrześcijaństwie. Dziwić się trzeba, jak może wykształcony protestant, znający początki i rozwój historii swego wyznania, mimo to żywić dla niego jakikolwiek szacunek."
ks. dr Jan Żukowski, O źródłach niewiary, Lwów 1903, s. 376-377.
piątek, 25 lipca 2008
Większość niemieckich biskupów sprzeciwia się papieżowi Benedyktowi XVI
Oświadczenie prasowe Inicjatywy Pro Sancta Ecclesia w I rocznicę Summorum Pontificum z 10.07.08 zamieszczone m.in. w niemieckim dzienniku Frankfurter Allgemeine Zeitung.
Przed rokiem papież Benedykt XVI uznał tradycyjną Mszę św. za nadzwyczajną formę rytu rzymskiego. Miał on nadzieję, że zawarte w niej sacrum wpłynie na ożywienie formy z 1969 r.
„To, co dla poprzednich pokoleń było święte, również dla nas pozostaje święte i wielkie i nie może być nagle całkowicie zakazane lub, tym bardziej, uznane za szkodliwe. Wszystkim wyjdzie na dobre zachowanie bogactw, które wzrastały w wierze i modlitwie Kościoła i przyznanie im należytego miejsca.”
Większość niemieckich biskupów sprzeciwiła się jednak papieżowi i odmawia niemal wszystkim katolikom udziału w tej formie Mszy św., mimo iż składają oni stosowne prośby zgodnie z zapisami Motu proprio.
Pomimo tego, że papież ustanowił Komisję Ecclesia Dei organem wykonawczym i uznał za nieważne, wszystko to co mogłoby być przeciwne Motu proprio, Konferencja Episkopatu Niemiec przyjęła „Wytyczne”, które są sprzeczne z rzymskim dokumentem.
Wytyczne określają, że niedzielna Msza św. w tradycyjnej formie nie może być sprawowana w miejsce Mszy św. w formie z 1969 r. Ten zapis jest sprzeczny z opinią Przewodniczącego Komisji Ecclesia Dei, kardynała Hoyosa, który stwierdził, że było „najlepiej, jedną z niedzielnych Mszy św. w każdej parafii” w tej formie celebrować.
Ponadto biskupi zastrzegli sobie, na podstawie tych Wytycznych, udzielanie zezwoleń dla grup wiernych z różnych parafii. Na to kard. Hoyos: „Dlaczego miałby to być problem, jeśli są to ludzie z innych parafii? Jeśli się spotykają, stanowią stabilną grupę”.
W Niemczech udzielane zostają w związku z tym „zezwolenia” tylko na Msze św. w dni powszednie lub sporadycznie na Msze św. niedzielne w niedogodnych dla rodzin godzinach popołudniowych lub wieczornych.
Wielodzietne rodziny i starsi wiekiem wierni, bywają nawet zmuszani przez Kurie diecezjalne do przemieszczania się dziesiątki lub setki kilometrów, jeśli chcą uczestniczyć regularnie w niedzielnych Mszach św. w tej formie.
Kapłani donoszą nam o presji wywieranej przez Kurie, w przypadku gdyby chcieli spełnić żądania wiernych, do czego są oni przecież zobowiązani ze strony Rzymu. Kard. Hoyos: „Jest to szczególnie godne ubolewania, jeśli kapłanom poprzez restrykcyjne przepisy prawne, które zostały wydane w sprzeczności z intencjami papieża i prawem Kościoła, uniemożliwia się celebrowania Mszy św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego”.
Poza tym wiele Kurii wymaga dostarczenia nazwisk i adresów osób ubiegających się o zezwolenie i nie zadawala się przedstawieniem sytuacji przez proboszczów. Większość takich wiernych – szczególnie zaangażowanych w kościelnych organizacjach – obawia się znalezienia na czarnej liście. Udokumentowany jest przypadek, w którym Kuria, „w związku z podpisami sygnatariuszy” chce się przekonać o ich „silnej woli”.
Dlatego nasze Związki, stosownie do papieskiego Motu proprio, skierowały do Komisji Ecclesia Dei ponad 50 grupowych petycji wraz z prośbą o spełnienie zawartych w nich postulatów.
Apelujemy do niemieckich biskupów, aby porzucili swój sprzeciw wobec obowiązującego prawa kościelnego i woli papieża.
Apelujemy do katolików, dążcie wspólnie z nami w dalszym ciągu do tego, aby ta błogosławiona i dostojna Msza św. stała się osiągalna dla wszystkich.
Przed rokiem papież Benedykt XVI uznał tradycyjną Mszę św. za nadzwyczajną formę rytu rzymskiego. Miał on nadzieję, że zawarte w niej sacrum wpłynie na ożywienie formy z 1969 r.
„To, co dla poprzednich pokoleń było święte, również dla nas pozostaje święte i wielkie i nie może być nagle całkowicie zakazane lub, tym bardziej, uznane za szkodliwe. Wszystkim wyjdzie na dobre zachowanie bogactw, które wzrastały w wierze i modlitwie Kościoła i przyznanie im należytego miejsca.”
Większość niemieckich biskupów sprzeciwiła się jednak papieżowi i odmawia niemal wszystkim katolikom udziału w tej formie Mszy św., mimo iż składają oni stosowne prośby zgodnie z zapisami Motu proprio.
Pomimo tego, że papież ustanowił Komisję Ecclesia Dei organem wykonawczym i uznał za nieważne, wszystko to co mogłoby być przeciwne Motu proprio, Konferencja Episkopatu Niemiec przyjęła „Wytyczne”, które są sprzeczne z rzymskim dokumentem.
Wytyczne określają, że niedzielna Msza św. w tradycyjnej formie nie może być sprawowana w miejsce Mszy św. w formie z 1969 r. Ten zapis jest sprzeczny z opinią Przewodniczącego Komisji Ecclesia Dei, kardynała Hoyosa, który stwierdził, że było „najlepiej, jedną z niedzielnych Mszy św. w każdej parafii” w tej formie celebrować.
Ponadto biskupi zastrzegli sobie, na podstawie tych Wytycznych, udzielanie zezwoleń dla grup wiernych z różnych parafii. Na to kard. Hoyos: „Dlaczego miałby to być problem, jeśli są to ludzie z innych parafii? Jeśli się spotykają, stanowią stabilną grupę”.
W Niemczech udzielane zostają w związku z tym „zezwolenia” tylko na Msze św. w dni powszednie lub sporadycznie na Msze św. niedzielne w niedogodnych dla rodzin godzinach popołudniowych lub wieczornych.
Wielodzietne rodziny i starsi wiekiem wierni, bywają nawet zmuszani przez Kurie diecezjalne do przemieszczania się dziesiątki lub setki kilometrów, jeśli chcą uczestniczyć regularnie w niedzielnych Mszach św. w tej formie.
Kapłani donoszą nam o presji wywieranej przez Kurie, w przypadku gdyby chcieli spełnić żądania wiernych, do czego są oni przecież zobowiązani ze strony Rzymu. Kard. Hoyos: „Jest to szczególnie godne ubolewania, jeśli kapłanom poprzez restrykcyjne przepisy prawne, które zostały wydane w sprzeczności z intencjami papieża i prawem Kościoła, uniemożliwia się celebrowania Mszy św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego”.
Poza tym wiele Kurii wymaga dostarczenia nazwisk i adresów osób ubiegających się o zezwolenie i nie zadawala się przedstawieniem sytuacji przez proboszczów. Większość takich wiernych – szczególnie zaangażowanych w kościelnych organizacjach – obawia się znalezienia na czarnej liście. Udokumentowany jest przypadek, w którym Kuria, „w związku z podpisami sygnatariuszy” chce się przekonać o ich „silnej woli”.
Dlatego nasze Związki, stosownie do papieskiego Motu proprio, skierowały do Komisji Ecclesia Dei ponad 50 grupowych petycji wraz z prośbą o spełnienie zawartych w nich postulatów.
Apelujemy do niemieckich biskupów, aby porzucili swój sprzeciw wobec obowiązującego prawa kościelnego i woli papieża.
Apelujemy do katolików, dążcie wspólnie z nami w dalszym ciągu do tego, aby ta błogosławiona i dostojna Msza św. stała się osiągalna dla wszystkich.
Quantum potes, tantum aude.
Z całej duszy chwal Go śmiało.
(Z sekwencji Lauda Sion)
Z całej duszy chwal Go śmiało.
(Z sekwencji Lauda Sion)
„Zjednoczenie Kół Inicjatywnych Katolickiego Laikatu i Kapłanów w krajach niemieckojęzycznych"
"Pro Sancta Ecclesia – Inicjatywa katolickiego Laikatu i Kapłanów."
"Pro Sancta Ecclesia – Inicjatywa katolickiego Laikatu i Kapłanów."
środa, 23 lipca 2008
Nieograniczone możliwości liturgii zreformowanej
Sezon urlopowy w pełni. Dogodność odnowionej liturgii polega na tym, że można ją odprawiać z czystym sumieniem byle gdzie, byle jak, na byle czym. Poniżej msza w poczekalni na lotnisku w Seulu.





Strona źródłowa fotografii
środa, 16 lipca 2008
wtorek, 15 lipca 2008
Taize - fabryka indyferentyzmu
Jak się okazuje, Europejskie Spotkanie Młodych w duchu Taize, które miało miejsce w Genewie na przełomie 2007 i 2008 r. oprócz wezwania do pojednania chrześcijan miało też na celu ukazanie, że wiara w obecność Chrystusa w Eucharystii nie może być przeszkodą w dialogu ekumenicznym. Stąd oddawanie Mu czci nie powinno razić naszych braci bluźnierców, biorących akurat udział we wspólnym wyjeździe sylwestrowym do Szwajcarii.
W czasie spotkania uczestnicy rozważali słowa brata Alojzego brzmiące "Kiedy chrześcijanie są podzieleni, orędzie ewangeliczne staje się niesłyszalne". Skoro więc skuteczność ewangelizacji nie zależy od zniewalającej i przyciągającej siły Prawdy lecz od jakiejś absurdalnej idei powiązania w jedno wszystkich sekt, na różne sposoby fałszujących Ewangelię, bez żadnego opamiętania z ich strony, wówczas dogmat o realnej obecności Ciała Pańskiego w Eucharystii jest tylko jednym z dopuszczalnych stanowisk.
Zdjęcia z albumu jednej z uczestniczek spotkania Taize w Genewie.
niedziela, 13 lipca 2008
Moderniści
Poniżej zamieszczamy przedmowę do książki "Moderniści", autorstwa o. Vincenta Maumusa, wydanej w języku polskim w 1910 r.
Jedność nauki Kościoła jest stałym nieprzerwanym cudem. Wobec zadziwiającej zmienności umysłu ludzkiego, jego żądzy niepodległości, wobec zmian, jakim podlega umysł ludzki, pod wpływem obyczajów, poglądów, ras... stulecia ubiegając, unoszą ze sobą szczątki tego, co już nie jest a co mniemano, że będzie trwało zawsze; wobec tego powtarzam, w tej jedności i trwałości Katolicyzmu, niesposób nieprzyznać mocy Bożej.
Ta jedność zadziwia tembardziej, że trwa w tem społeczeństwie, w którem życie umysłowe jest najwięcej rozwinięte.
Gdyby Kościół był ciemnicą, do której nie przenika żaden promień światła, żeby umysł wiernych był sparaliżowany do tego stopnia, że stał się niezdolnym, do dyskusji, możnaby wytłómaczyć jedność brakiem opozycyi. Byłby to pokój, lecz pokój grobowy i milczenie śmierci.
Lecz tak nie jest.
Kościół przeciwnie jest środowiskiem, gdzie najbardziej roztrząsają zagadnienia spekulacyjne lub praktyczne, najbardziej obchodzące myśl i kierunek życia. Teologowie i filozofowie Kościoła są to badacze gorliwi, których żaden trud nie zraża, którym żadna myśl nie jest obojętną, którzy doprowadzili do doskonałości sposób dyskutowania każdego zadania, które może zająć umysł ludzki. I to jest prawdą, nie tylko dla tej lub innej epoki, ale prawdą zawsze, bo nigdzie nie dyskutowano tyle, co w Kościele, bo nigdzie życie umysłowe nie bije tak silnem tętnem, jak w Kościele.
W czasie, gdy świeccy wieków barbarzyńskich myśleli tylko o tero, żeby się bić, Kościół był szkolą, prawie o tyle, o ile świątynią i w starych klasztorach byli ludzie, którzy sądzili, że więcej waży książka, niż miecz. Jeżeli później światło się rozlało, to tylko dzięki temu, że Kościół je przechował.
Otóż wobec tego ruchu umysłowego, nigdy nieustającego, Kościół zachował niezachwianą jedność.
To tłómaczy, dlaczego Kościół tak troskliwie strzeże jedności i nie pozwala zuchwalcom targać się na ten przywilej, który jest jedną z cech jego początku Boskiego.
To też, ile razy nowe doktryny próbują zerwać jedność nauki i przerwać pasmo tradycyi kościelnej, Kościół powiada nowatorom: „Nienależycie już do mnie, bo nie macie mojej wiary, a wiara moja jest wiarą, którą mi dano i którą mi powierzono przechowywać". Kościół nie wygania z łona swego nowatorów, on stwierdza tylko, ze oni go opuścili.
Niesłusznie więc oskarżają Kościół o nietolerancyę; nie można przecie wymagać, żeby Kościół uznał za swoją — doktrynę, którą potępia. To dyssydenci sami dobrowolnie opuszczają Kościół, tem samem, że zrywają z doktryną tradycyjną.
Człowiek, któryby się wyrzekł swojej narodowości i przyjąłby inne poddaństwo, nie miałby prawa uskarżać się, że jego dawna ojczyzną nie uznaje go więcej za swego syna. Zupełnie to-samo dzieje się w Kościele względem tych, którzy zrywają z jego wiarą; nie mają prawa uskarżać się na Kościół za jego względem nich zachowanie się, które sami wywołali i uczynili niezbędnem.
Gdy wicher herezyi powieje na Kościół, opadają z drzewa owoce, które już były napół oderwane; kiedy burza rozwiewa żniwo gospodarza, „wiatr unosi” — powiada Bossuet — „tylko plewy”. Wstrząśnienia te nie naruszają jedności Kościoła, bo dobre ziarno zostaje w gumnie. Wierni nie zachwieją się upadkiem, który ich zasmuca, skupią się z tem większą gorliwością około Mistrza, który im mówi: „Zali i wy odejść chcecie?", a oni mu odpowiedzą z najżywszem przekonaniem: „Panie, do kogóż pójdziemy? Słowa żywota wiecznego masz”.
I łaska Wszechmocnego Boga, gorącość niewzruszonego przekonania, stałość w wierze, której oddano całe swoje życie, zachowują nienaruszoną i zabezpieczoną od wszelkich gwałtów niewypowiedzianą tajemnicę jedności katolickiej.
Ogólną przyczyną tych wstrząśnień, które odrywają nowatorów od środowiska jedności jest pretensya czynić lepiej, czyniąc inaczej, niż poprzednicy. Tymi poprzednikami są mężowie, którzy od czasów Apostolskich, w czasach Ojców i wielkich Doktorów, aż do najnowszych teologów, tłómaczyli i komentowali, zgodnie z nauką Kościoła, prawdy objawione; wznieśli ten wspaniały gmach, który nazywamy teologią katolicką, i który stanowi najwspanialszy wysiłek, na jaki mogła się zdobyć umysłowość człowieka.
Uczynić lepiej! Dajmy na to, chociaż taka pretensya zdradza nie zupełnie skromne ocenienie sił swoich, lecz ostatecznie, nie jest rzeczą niemożebną, bo nie wolno wytykać dowolnie granic postępu umysłowi ludzkiemu. Można więc przypuścić, że powstaną teologowie bieglejsi od Św. Augustyna i Św. Tomasza. Ci teologowie przyszłości, mogą zrobić lepiej; lecz jeśli zrobią inaczej, t. j. jeśli nie pójdą za wytyczną powagi Boskiej Kościoła, zaćmią może geniusz Tomasza z Akwinu, lecz nie będą katolikami.
W gruncie więc rzeczy, nie co innego, jeno przecenienie własnych zdolności, odrywa nowotwórców od jedności Kościoła. Ci, do których wystosowano Encyklikę Pascendi, nie stanowią wyjątku.
Oni są zbawieniem Kościoła i światłem świata.
Tylko tyle!
„Ojcze, słuchaj nas — wołają oni do Piusa X, — dajemy Ci sposób bardzo skuteczny, odzyskania w świecie siły moralnej, którą Kościół, niestety, utracił”.
P. Loisy powiada: „Ja pracowałem na sprowadzenie doskonalszego światła na kraj nasz, a nawet powiem na ludzkość całą”.
Skromność nie pozostawia chyba nic do życzenia!
Kiedy Św. Tomasz rozpoczynał swoją „Summa theologica", nie obiecywał rzeczy tak wielkich. Zamierzał tylko „uprzystępnić początkującym" naukę Boską.
Moderniści sięgają wyżej! Nie myli się więc Encyklika, gdy mówi, że oni „wyzuwszy się wszelkiej skromności, czynią się odnowicielami Kościoła”.
W samej rzeczy, oni chcą odnowić Kościół, ażeby zaś odnowienie nie było połowiczne, proponują zburzyć Kościół, Ci, którzy zechcą przeczytać moją książkę, przekonają się, że nie przesadzam.
Dlaczego jednak moderniści chcą odnowić Kościół?
Aby usunąć rozdźwięk między Kościołem a społeczeństwem współczesnem. I trzeba przyznać, że sposób, który wykomponowali, posiada skuteczność niezawodną. Zależy mianowicie na unicestwieniu jednego z tych dwuch współzawodników.
Samo przez się rozumie, że współzawodnikiem, który ma zniknąć, jest Kościół.
Nad odnowieniem Kościoła moderniści pracują zapomocą krytyki. Krytyka jest nauką dokumentów oryginalnych. Rozróżnia dane pierwotne od dodatków późniejszych; określa ścisłe znaczenie tekstu; odbudowywa fakty dawniejsze, oddzielając od historyi naleciałości legendarne... lecz należy dodać, że krytyka jest też sztuką wypowiadania twierdzeń, nie mających podstawy. Krytyka usprawiedliwia w zupełności tę uwagę Bossueta, że „dosyć wynaleźć słowo, które by olśniło świat, aby módz wygłosić wszystko, co się podoba, bez żadnego dowodu”.
Dziwną jest rzeczą, jaki wpływ wywierać mogą słowa. Bywają słowa, które jakby paraliżowały zdolność sądzenia i wrodzoną potrzebę dowodów przekonywających. Skoro je wymówiono, zrzeka się prawa kontroli i uchyla się, jak przed wyrocznią, której się nie godzi zaprzeczać, a nawet dyskutować. Szczególniej jeśli te słowa mają pozór buntu przeciw powadze dotąd szanowanej, to ich potęga magiczna jeszcze się powiększa, bo panuje nad wszystkimi, a ich jest legion, którzy mniemają, że wszelka opozycya jest oznaką wyższości.
Otóż, ten wyraz „krytyka” ma to szczęście, że samo przez się stanowi cały systemat, cały program, i schlebia miłości własnej tych, którzy mniemają, jak powiada Bossuet, „że to jest oznaką wielkiej zdolności i wielkiej wiedzy, skoro się nie podziela opinii ogółu”.
Encyklika „Pascendi” wskazuje w szeregach modernistów „księży ze zgoła niewystarczającem wykształceniem filozoficznem i teologicznem”.
Trzeba przyznać, że Modernizm uczynił spustoszenie w klerze. W tem właśnie leży największe niebezpieczeństwo nowego błędu: „A jeśli sól zwietrzeje, czem solona będzie?". Jeżeli ci, którzy, dzięki posłannictwu swemu, winni są głosić wiernym słowa życia, będą siali ziarno śmierci, zło się rozszerzy i samo się pogłębi.
Otóż listy p. Loisy nie pozwalają wątpić o tem, że wielu z księży uległo zarazie.
W liście do jednego z przyjaciół powiada p. Loisy, że pisał do Ojca Świętego i pisze: „Co do mnie, to się poddaję sądowi, jaki wyda o moich pismach Kongregacya Ś-go Officium, i dodaje: „Wzgląd na to, że wielu młodych księży wszelka katastrofa mogłaby przerazić, wykoleić, albo skompromitować, spowodował mnie do napisania tego listu. Profesor Seminarium, któremu napisałem, że najbardziej życzę sobie, żeby nikt nie był skompromitowany z mojej winy, odpisał mi: „Niestety, jak dużo już jest takich skompromitowanych, których przyszłość zależy jedynie od tego, co się stanie z wami. Trzech innych księży pisało do mnie dzisiaj, jeden prosi mnie o rozwiązanie wątpliwości, które go dręczą drugi wyraża mi swoje współczucie; trzeci swoje oburzenie na to, co mnie spotyka. Co się stanie z tymi wszystkimi, jeżeli moje stanowisko w duchowieństwie upadnie?"
Ciężki smutek ogarnia człowieka po przeczytaniu tego listu, który wykazuje, na ile duchowieństwo francuskie dało się uwieść. Mam nadzieję wprawdzie, że są to tylko wyjątki, lecz ostatecznie liczba księży, uwiedzionych doktrynami modernistów, musiała być dosyć znaczna.
Przyczynę złego, oprócz wyżej wskazanych, upatruje Encyklika w niedostatecznem wykształceniu filozoficznem i teologicznem.
I rzeczywiście, trzeba bardzo słabego wykształcenia filozoficznego i teologicznego, żeby dusza kapłana mogła stawić tak marny opór napadom modernistów. Trzeba nadto, żeby grunt był już bardzo podminowany przez tę szkodliwą filozofię, która pod pretekstem reagowania na doktryny tradycyjne, wykoszlawiła działalność umysłu w samych źródłach.
Tej bowiem filozofii subiektywnej należy przypisać twierdzenia takie, jak to: „Dogmaty powstałe z formuły abstrakcyjnej doświadczenia chrześcijańskiego (des dogmes nes de la formulation abstraite de l'experience chretienne); Kościół zorganizowany dla potrzeby wiernych; sakramenty, wytworzone z konieczności złożenia w obrządkach zewnętrznych, trwałej pamiątki odkupienia i udzielenia, za pomocą zmysłów, jej niezatracalnych owoców: wydają się jakby warunki niezbędne, dla zlania się dusz w jednem życiu religijnem”.
A więc „sumienie chrześcijańskie", t. j. ostatecznie myśl chrześcian, utworzyła dogmaty, skoro one z niej powstały?
Oto jeden z zasadniczych błędów modernizmu: myśl chrześciańska stworzyła Chrystyanizm! Jest to krańcowy subjektywizm; jest to także przeczeniem wszelkiej interwencyi zewnętrznej i nadnaturalnej Boga w dziele najdoskonalszej Religii.
Jeśli niezdrowa filozofia przygotowała drogi modernizmowi i ułatwiła mu dostęp aż do świątyni, to lekarstwem na to jest powrót do tej filozofii, która jest naturalnie prawowierną, ponieważ jest naturalnie rozumną, bo nie obraża zdrowego sensu, i ponieważ jej metoda, wolna lecz pewna, chroni ją od wszelkich niespodzianek; jednem słowem, powrót do scholastyki.
W sprawie ocenienia filozofii wzgląd na daty mało ma znaczenia. Scholastyka będzie lepszą lub gorszą nie dla tego, że jest dawniejszą, niż doktryny nowsze, taksamo jak te ostatnie
nie będą lepsze od scholastyki dlatego tylko ze są nowsze. Cała kwestya zależy na tem: gdzie jest większa suma prawdy? gdzie najodpowiedniejsze wyjaśnienie zadania? gdzie jest metoda mędrsza i pewniejsza? gdzie są dowody najbardziej przekonywające? Jednem słowem, która filozofia odpowiada najbardziej wymaganiom umysłu człowieka?
Co do mnie, jestem przekonany, że ktokolwiek zechce porównać obie filozofie, bez wahania wypowie się na korzyść filozofii scholastycznej.
Pod każdym względem byłoby bardzo pożądanem, żeby powrócono do filozofii scholastycznej. Umysły, karmione tym pokarmem zdrowym a silnym, byłyby gruntowniejsze, a tem samem bardziej niezachwiane w ich wierze. Toteż Kościół, zalecając filozofię Ś. Tomasza, ma na względzie nietylko ochronę wiary, lecz jednocześnie chce przyjść z pomocą rozumowi, bo doktryny nowoczesne przynoszą nie mniej szkody rozumowi, jak wierze.
Moderniści więc zamierzyli zbliżenie Kościoła i społeczeństwa obecnego; w tym celu poświęcili Kościół, co bezsprzecznie ułatwia zadanie. I mają czoło wydawać siebie za spadkobierców doktryn scholastycznych. „Św. Tomasz — powiadają oni — jest szczerym modernistą swego czasu, jest człowiekiem, który, zadziwiającym wysiłkiem wytrwałości i geniuszu, kusił się o zjednoczenie wiary i umysłu ówczesnej epoki, i my jesteśmy prawdziwymi spadkobiercami scholastyki, prowadząc w dalszym ciągu jej najszlachetniejsze wysiłki: mianowicie rozwijając zdolność Kościoła zastosowania religii chrześciańskiej do zmiennych form filozofii i kultury wogóle”.
Trudno bardziej fałszować fakty. Ś-ty Tomasz uchrześcianił myśl Aristotelesa, — moderniści chcą zlaicyzować myśl chrześciańską; Św. Tomasz dał na usługi Kościoła współczesną filozofię, —moderniści chcą nagiąć wiarę do zachcianek filozofii nowożytnych. Św. Tomasz jest przedewszystkiem wierny tradycja, głos jego jest wiernym oddźwiękiem wieków chrześciańskich, — moderniści pysznią się z tego, że wprowadzają coś nowego, a co do tradycyi, to zachowali chyba tradycyę wieży babel.
Gdy Moderniści mówią, że chcą pogodzić Kościół z myślą, ze społeczeństwem współczesnem, winni być ściślejsi, bo myśl i społeczeństwo nie są synonimami.
Myśl współczesna, jest to termin bardzo niewyraźny, i może być bardzo rozmaicie rozumiany. Dla jednych myśl współczesna jest zaprzeczeniem wszelkiej idei religijnej; dla innych jest to antagonizm, niezbędny między teraźniejszością a przeszłością; dla innych znowu, myśl współczesna jest to idea filozoficzna, gdy dla innych — teorya socyalna. Są wreszcie tacy, dla których myśl współczesna jest czemś tak bardzo chwiejnem, że nie można jej ani należycie określić, ani zkrystalizować w jakąś formę stałą. Prawdopodobnie ci ostatni są najbliżsi prawdy.
Stąd wynika wniosek, że pojęcie modernistów, co do myśli współczesnej, jest wielce nieuchwytnem.
Co zaś do społeczeństwa współczesnego, jest to pojęcie zupełnie wyraźne i ściśle określone. Jest to społeczeństwo zrodzone z konwulsyi, wstrząsających Francyę w ostatnich latach XVIII stulecia, zbudowane na tych zasadach prawa publicznego, które dzisiaj są przyjęte prawie powszechnie.
Jeżeli moderniści chcą pojednać Kościół z tem właśnie społeczeństwem, biorą się do tego zapóźno, bo już oddawna Kościół zawarł traktat z tem społeczeństwem, i uczynił to Kościół nie zrzekając się ani joty z prawa świętego, nie czyniąc ustępstwa z najmniejszej cząstki prawd, powierzonych mu do przechowania; uczynił to nie sprzeniewierzając się samemu sobie, ani swoim zasadom, ani tradycyi, uczynił wierny swemu prawu zasadniczemu, które mu każe być katolickim.
Tak, Kościół jest katolicki! Działalność jego nie ściąga się do jednego wieku, jednej epoki, jednego społeczeństwa, jednego narodu; niema ona innych granic, tylko te, które mierzą czas i przestrzeń. Kościół jest to dom Boży o drzwiach zawsze otwartych, bo każdy ma prawo wejść doń; jest źródłem wody żywej, u którego ma każdy prawo ugasić pragnienie; jest to dar, który Bóg uczynił całej ludzkości, i nikt niema prawa zniżyć jego do poziomu i interesów poszczególnych, z krzywdą dobra nadnaturalnego wszystkich.
Jak Boski nasz Zbawiciel, ukoronowany koroną cierniową, chciał umrzeć z rozportartemi ramionami i z bokiem otwartym, tak Kościół wznosi swoje ramiona nad światem, aby mu błogosławić. Ma on serce przebite, i ta rana krwawi ciągle, ponieważ jest krwawą Hostją, która bez przerwy ofiaruje się Bogu za nas; jest on uwieńczony cierniami, które Mu wbijają ci, co zapoznają Jego dobrodziejstwa i Jego miłość.
Pokój między Kościołem a społeczeństwem nastąpi wtedy, kiedy studya poważne rozwieją zasłonę uprzedzeń, przez które społeczeństwo patrzy na Kościół, bo Kościół zawsze żąda pokoju, i nie czekał na rady garstki zbuntowanych.
O. Maumus, Moderniści, Z drugiego wydania przetłómaczył Ks. Dr. Jan Żochowski. Warszawa 1910, s. 5-17 (Przedmowa).
Ta jedność zadziwia tembardziej, że trwa w tem społeczeństwie, w którem życie umysłowe jest najwięcej rozwinięte.
Gdyby Kościół był ciemnicą, do której nie przenika żaden promień światła, żeby umysł wiernych był sparaliżowany do tego stopnia, że stał się niezdolnym, do dyskusji, możnaby wytłómaczyć jedność brakiem opozycyi. Byłby to pokój, lecz pokój grobowy i milczenie śmierci.
Lecz tak nie jest.
Kościół przeciwnie jest środowiskiem, gdzie najbardziej roztrząsają zagadnienia spekulacyjne lub praktyczne, najbardziej obchodzące myśl i kierunek życia. Teologowie i filozofowie Kościoła są to badacze gorliwi, których żaden trud nie zraża, którym żadna myśl nie jest obojętną, którzy doprowadzili do doskonałości sposób dyskutowania każdego zadania, które może zająć umysł ludzki. I to jest prawdą, nie tylko dla tej lub innej epoki, ale prawdą zawsze, bo nigdzie nie dyskutowano tyle, co w Kościele, bo nigdzie życie umysłowe nie bije tak silnem tętnem, jak w Kościele.
W czasie, gdy świeccy wieków barbarzyńskich myśleli tylko o tero, żeby się bić, Kościół był szkolą, prawie o tyle, o ile świątynią i w starych klasztorach byli ludzie, którzy sądzili, że więcej waży książka, niż miecz. Jeżeli później światło się rozlało, to tylko dzięki temu, że Kościół je przechował.
Otóż wobec tego ruchu umysłowego, nigdy nieustającego, Kościół zachował niezachwianą jedność.
To tłómaczy, dlaczego Kościół tak troskliwie strzeże jedności i nie pozwala zuchwalcom targać się na ten przywilej, który jest jedną z cech jego początku Boskiego.
To też, ile razy nowe doktryny próbują zerwać jedność nauki i przerwać pasmo tradycyi kościelnej, Kościół powiada nowatorom: „Nienależycie już do mnie, bo nie macie mojej wiary, a wiara moja jest wiarą, którą mi dano i którą mi powierzono przechowywać". Kościół nie wygania z łona swego nowatorów, on stwierdza tylko, ze oni go opuścili.
Niesłusznie więc oskarżają Kościół o nietolerancyę; nie można przecie wymagać, żeby Kościół uznał za swoją — doktrynę, którą potępia. To dyssydenci sami dobrowolnie opuszczają Kościół, tem samem, że zrywają z doktryną tradycyjną.
Człowiek, któryby się wyrzekł swojej narodowości i przyjąłby inne poddaństwo, nie miałby prawa uskarżać się, że jego dawna ojczyzną nie uznaje go więcej za swego syna. Zupełnie to-samo dzieje się w Kościele względem tych, którzy zrywają z jego wiarą; nie mają prawa uskarżać się na Kościół za jego względem nich zachowanie się, które sami wywołali i uczynili niezbędnem.
Gdy wicher herezyi powieje na Kościół, opadają z drzewa owoce, które już były napół oderwane; kiedy burza rozwiewa żniwo gospodarza, „wiatr unosi” — powiada Bossuet — „tylko plewy”. Wstrząśnienia te nie naruszają jedności Kościoła, bo dobre ziarno zostaje w gumnie. Wierni nie zachwieją się upadkiem, który ich zasmuca, skupią się z tem większą gorliwością około Mistrza, który im mówi: „Zali i wy odejść chcecie?", a oni mu odpowiedzą z najżywszem przekonaniem: „Panie, do kogóż pójdziemy? Słowa żywota wiecznego masz”.
I łaska Wszechmocnego Boga, gorącość niewzruszonego przekonania, stałość w wierze, której oddano całe swoje życie, zachowują nienaruszoną i zabezpieczoną od wszelkich gwałtów niewypowiedzianą tajemnicę jedności katolickiej.
Ogólną przyczyną tych wstrząśnień, które odrywają nowatorów od środowiska jedności jest pretensya czynić lepiej, czyniąc inaczej, niż poprzednicy. Tymi poprzednikami są mężowie, którzy od czasów Apostolskich, w czasach Ojców i wielkich Doktorów, aż do najnowszych teologów, tłómaczyli i komentowali, zgodnie z nauką Kościoła, prawdy objawione; wznieśli ten wspaniały gmach, który nazywamy teologią katolicką, i który stanowi najwspanialszy wysiłek, na jaki mogła się zdobyć umysłowość człowieka.
Uczynić lepiej! Dajmy na to, chociaż taka pretensya zdradza nie zupełnie skromne ocenienie sił swoich, lecz ostatecznie, nie jest rzeczą niemożebną, bo nie wolno wytykać dowolnie granic postępu umysłowi ludzkiemu. Można więc przypuścić, że powstaną teologowie bieglejsi od Św. Augustyna i Św. Tomasza. Ci teologowie przyszłości, mogą zrobić lepiej; lecz jeśli zrobią inaczej, t. j. jeśli nie pójdą za wytyczną powagi Boskiej Kościoła, zaćmią może geniusz Tomasza z Akwinu, lecz nie będą katolikami.
W gruncie więc rzeczy, nie co innego, jeno przecenienie własnych zdolności, odrywa nowotwórców od jedności Kościoła. Ci, do których wystosowano Encyklikę Pascendi, nie stanowią wyjątku.
Oni są zbawieniem Kościoła i światłem świata.
Tylko tyle!
„Ojcze, słuchaj nas — wołają oni do Piusa X, — dajemy Ci sposób bardzo skuteczny, odzyskania w świecie siły moralnej, którą Kościół, niestety, utracił”.
P. Loisy powiada: „Ja pracowałem na sprowadzenie doskonalszego światła na kraj nasz, a nawet powiem na ludzkość całą”.
Skromność nie pozostawia chyba nic do życzenia!
Kiedy Św. Tomasz rozpoczynał swoją „Summa theologica", nie obiecywał rzeczy tak wielkich. Zamierzał tylko „uprzystępnić początkującym" naukę Boską.
Moderniści sięgają wyżej! Nie myli się więc Encyklika, gdy mówi, że oni „wyzuwszy się wszelkiej skromności, czynią się odnowicielami Kościoła”.
W samej rzeczy, oni chcą odnowić Kościół, ażeby zaś odnowienie nie było połowiczne, proponują zburzyć Kościół, Ci, którzy zechcą przeczytać moją książkę, przekonają się, że nie przesadzam.
Dlaczego jednak moderniści chcą odnowić Kościół?
Aby usunąć rozdźwięk między Kościołem a społeczeństwem współczesnem. I trzeba przyznać, że sposób, który wykomponowali, posiada skuteczność niezawodną. Zależy mianowicie na unicestwieniu jednego z tych dwuch współzawodników.
Samo przez się rozumie, że współzawodnikiem, który ma zniknąć, jest Kościół.
Nad odnowieniem Kościoła moderniści pracują zapomocą krytyki. Krytyka jest nauką dokumentów oryginalnych. Rozróżnia dane pierwotne od dodatków późniejszych; określa ścisłe znaczenie tekstu; odbudowywa fakty dawniejsze, oddzielając od historyi naleciałości legendarne... lecz należy dodać, że krytyka jest też sztuką wypowiadania twierdzeń, nie mających podstawy. Krytyka usprawiedliwia w zupełności tę uwagę Bossueta, że „dosyć wynaleźć słowo, które by olśniło świat, aby módz wygłosić wszystko, co się podoba, bez żadnego dowodu”.
Dziwną jest rzeczą, jaki wpływ wywierać mogą słowa. Bywają słowa, które jakby paraliżowały zdolność sądzenia i wrodzoną potrzebę dowodów przekonywających. Skoro je wymówiono, zrzeka się prawa kontroli i uchyla się, jak przed wyrocznią, której się nie godzi zaprzeczać, a nawet dyskutować. Szczególniej jeśli te słowa mają pozór buntu przeciw powadze dotąd szanowanej, to ich potęga magiczna jeszcze się powiększa, bo panuje nad wszystkimi, a ich jest legion, którzy mniemają, że wszelka opozycya jest oznaką wyższości.
Otóż, ten wyraz „krytyka” ma to szczęście, że samo przez się stanowi cały systemat, cały program, i schlebia miłości własnej tych, którzy mniemają, jak powiada Bossuet, „że to jest oznaką wielkiej zdolności i wielkiej wiedzy, skoro się nie podziela opinii ogółu”.
Encyklika „Pascendi” wskazuje w szeregach modernistów „księży ze zgoła niewystarczającem wykształceniem filozoficznem i teologicznem”.
Trzeba przyznać, że Modernizm uczynił spustoszenie w klerze. W tem właśnie leży największe niebezpieczeństwo nowego błędu: „A jeśli sól zwietrzeje, czem solona będzie?". Jeżeli ci, którzy, dzięki posłannictwu swemu, winni są głosić wiernym słowa życia, będą siali ziarno śmierci, zło się rozszerzy i samo się pogłębi.
Otóż listy p. Loisy nie pozwalają wątpić o tem, że wielu z księży uległo zarazie.
W liście do jednego z przyjaciół powiada p. Loisy, że pisał do Ojca Świętego i pisze: „Co do mnie, to się poddaję sądowi, jaki wyda o moich pismach Kongregacya Ś-go Officium, i dodaje: „Wzgląd na to, że wielu młodych księży wszelka katastrofa mogłaby przerazić, wykoleić, albo skompromitować, spowodował mnie do napisania tego listu. Profesor Seminarium, któremu napisałem, że najbardziej życzę sobie, żeby nikt nie był skompromitowany z mojej winy, odpisał mi: „Niestety, jak dużo już jest takich skompromitowanych, których przyszłość zależy jedynie od tego, co się stanie z wami. Trzech innych księży pisało do mnie dzisiaj, jeden prosi mnie o rozwiązanie wątpliwości, które go dręczą drugi wyraża mi swoje współczucie; trzeci swoje oburzenie na to, co mnie spotyka. Co się stanie z tymi wszystkimi, jeżeli moje stanowisko w duchowieństwie upadnie?"
Ciężki smutek ogarnia człowieka po przeczytaniu tego listu, który wykazuje, na ile duchowieństwo francuskie dało się uwieść. Mam nadzieję wprawdzie, że są to tylko wyjątki, lecz ostatecznie liczba księży, uwiedzionych doktrynami modernistów, musiała być dosyć znaczna.
Przyczynę złego, oprócz wyżej wskazanych, upatruje Encyklika w niedostatecznem wykształceniu filozoficznem i teologicznem.
I rzeczywiście, trzeba bardzo słabego wykształcenia filozoficznego i teologicznego, żeby dusza kapłana mogła stawić tak marny opór napadom modernistów. Trzeba nadto, żeby grunt był już bardzo podminowany przez tę szkodliwą filozofię, która pod pretekstem reagowania na doktryny tradycyjne, wykoszlawiła działalność umysłu w samych źródłach.
Tej bowiem filozofii subiektywnej należy przypisać twierdzenia takie, jak to: „Dogmaty powstałe z formuły abstrakcyjnej doświadczenia chrześcijańskiego (des dogmes nes de la formulation abstraite de l'experience chretienne); Kościół zorganizowany dla potrzeby wiernych; sakramenty, wytworzone z konieczności złożenia w obrządkach zewnętrznych, trwałej pamiątki odkupienia i udzielenia, za pomocą zmysłów, jej niezatracalnych owoców: wydają się jakby warunki niezbędne, dla zlania się dusz w jednem życiu religijnem”.
A więc „sumienie chrześcijańskie", t. j. ostatecznie myśl chrześcian, utworzyła dogmaty, skoro one z niej powstały?
Oto jeden z zasadniczych błędów modernizmu: myśl chrześciańska stworzyła Chrystyanizm! Jest to krańcowy subjektywizm; jest to także przeczeniem wszelkiej interwencyi zewnętrznej i nadnaturalnej Boga w dziele najdoskonalszej Religii.
Jeśli niezdrowa filozofia przygotowała drogi modernizmowi i ułatwiła mu dostęp aż do świątyni, to lekarstwem na to jest powrót do tej filozofii, która jest naturalnie prawowierną, ponieważ jest naturalnie rozumną, bo nie obraża zdrowego sensu, i ponieważ jej metoda, wolna lecz pewna, chroni ją od wszelkich niespodzianek; jednem słowem, powrót do scholastyki.
W sprawie ocenienia filozofii wzgląd na daty mało ma znaczenia. Scholastyka będzie lepszą lub gorszą nie dla tego, że jest dawniejszą, niż doktryny nowsze, taksamo jak te ostatnie
nie będą lepsze od scholastyki dlatego tylko ze są nowsze. Cała kwestya zależy na tem: gdzie jest większa suma prawdy? gdzie najodpowiedniejsze wyjaśnienie zadania? gdzie jest metoda mędrsza i pewniejsza? gdzie są dowody najbardziej przekonywające? Jednem słowem, która filozofia odpowiada najbardziej wymaganiom umysłu człowieka?
Co do mnie, jestem przekonany, że ktokolwiek zechce porównać obie filozofie, bez wahania wypowie się na korzyść filozofii scholastycznej.
Pod każdym względem byłoby bardzo pożądanem, żeby powrócono do filozofii scholastycznej. Umysły, karmione tym pokarmem zdrowym a silnym, byłyby gruntowniejsze, a tem samem bardziej niezachwiane w ich wierze. Toteż Kościół, zalecając filozofię Ś. Tomasza, ma na względzie nietylko ochronę wiary, lecz jednocześnie chce przyjść z pomocą rozumowi, bo doktryny nowoczesne przynoszą nie mniej szkody rozumowi, jak wierze.
Moderniści więc zamierzyli zbliżenie Kościoła i społeczeństwa obecnego; w tym celu poświęcili Kościół, co bezsprzecznie ułatwia zadanie. I mają czoło wydawać siebie za spadkobierców doktryn scholastycznych. „Św. Tomasz — powiadają oni — jest szczerym modernistą swego czasu, jest człowiekiem, który, zadziwiającym wysiłkiem wytrwałości i geniuszu, kusił się o zjednoczenie wiary i umysłu ówczesnej epoki, i my jesteśmy prawdziwymi spadkobiercami scholastyki, prowadząc w dalszym ciągu jej najszlachetniejsze wysiłki: mianowicie rozwijając zdolność Kościoła zastosowania religii chrześciańskiej do zmiennych form filozofii i kultury wogóle”.
Trudno bardziej fałszować fakty. Ś-ty Tomasz uchrześcianił myśl Aristotelesa, — moderniści chcą zlaicyzować myśl chrześciańską; Św. Tomasz dał na usługi Kościoła współczesną filozofię, —moderniści chcą nagiąć wiarę do zachcianek filozofii nowożytnych. Św. Tomasz jest przedewszystkiem wierny tradycja, głos jego jest wiernym oddźwiękiem wieków chrześciańskich, — moderniści pysznią się z tego, że wprowadzają coś nowego, a co do tradycyi, to zachowali chyba tradycyę wieży babel.
Gdy Moderniści mówią, że chcą pogodzić Kościół z myślą, ze społeczeństwem współczesnem, winni być ściślejsi, bo myśl i społeczeństwo nie są synonimami.
Myśl współczesna, jest to termin bardzo niewyraźny, i może być bardzo rozmaicie rozumiany. Dla jednych myśl współczesna jest zaprzeczeniem wszelkiej idei religijnej; dla innych jest to antagonizm, niezbędny między teraźniejszością a przeszłością; dla innych znowu, myśl współczesna jest to idea filozoficzna, gdy dla innych — teorya socyalna. Są wreszcie tacy, dla których myśl współczesna jest czemś tak bardzo chwiejnem, że nie można jej ani należycie określić, ani zkrystalizować w jakąś formę stałą. Prawdopodobnie ci ostatni są najbliżsi prawdy.
Stąd wynika wniosek, że pojęcie modernistów, co do myśli współczesnej, jest wielce nieuchwytnem.
Co zaś do społeczeństwa współczesnego, jest to pojęcie zupełnie wyraźne i ściśle określone. Jest to społeczeństwo zrodzone z konwulsyi, wstrząsających Francyę w ostatnich latach XVIII stulecia, zbudowane na tych zasadach prawa publicznego, które dzisiaj są przyjęte prawie powszechnie.
Jeżeli moderniści chcą pojednać Kościół z tem właśnie społeczeństwem, biorą się do tego zapóźno, bo już oddawna Kościół zawarł traktat z tem społeczeństwem, i uczynił to Kościół nie zrzekając się ani joty z prawa świętego, nie czyniąc ustępstwa z najmniejszej cząstki prawd, powierzonych mu do przechowania; uczynił to nie sprzeniewierzając się samemu sobie, ani swoim zasadom, ani tradycyi, uczynił wierny swemu prawu zasadniczemu, które mu każe być katolickim.
Tak, Kościół jest katolicki! Działalność jego nie ściąga się do jednego wieku, jednej epoki, jednego społeczeństwa, jednego narodu; niema ona innych granic, tylko te, które mierzą czas i przestrzeń. Kościół jest to dom Boży o drzwiach zawsze otwartych, bo każdy ma prawo wejść doń; jest źródłem wody żywej, u którego ma każdy prawo ugasić pragnienie; jest to dar, który Bóg uczynił całej ludzkości, i nikt niema prawa zniżyć jego do poziomu i interesów poszczególnych, z krzywdą dobra nadnaturalnego wszystkich.
Jak Boski nasz Zbawiciel, ukoronowany koroną cierniową, chciał umrzeć z rozportartemi ramionami i z bokiem otwartym, tak Kościół wznosi swoje ramiona nad światem, aby mu błogosławić. Ma on serce przebite, i ta rana krwawi ciągle, ponieważ jest krwawą Hostją, która bez przerwy ofiaruje się Bogu za nas; jest on uwieńczony cierniami, które Mu wbijają ci, co zapoznają Jego dobrodziejstwa i Jego miłość.
Pokój między Kościołem a społeczeństwem nastąpi wtedy, kiedy studya poważne rozwieją zasłonę uprzedzeń, przez które społeczeństwo patrzy na Kościół, bo Kościół zawsze żąda pokoju, i nie czekał na rady garstki zbuntowanych.
O. Maumus, Moderniści, Z drugiego wydania przetłómaczył Ks. Dr. Jan Żochowski. Warszawa 1910, s. 5-17 (Przedmowa).
Pisowni celowo nie uwspółcześniono.
piątek, 11 lipca 2008
Jezuici kształcą młodzież, która nie wyznaje już katolickiej wiary
Zuzanna Radzik - teolog, publicystka, absolwentka Papieskiego Wydziału Teologicznego "Bobolanum" w Warszawie, prowadzonego przez jezuitów w artykule z Tygodnika Powszechnego, pt. Katolickie rozdwojenie jaźni przyznaje, że wiara katolicka jest nie do pogodzenia z ideologią, którą nasiąkła studiując na tej jezuickiej uczelni:
"Zostało już powiedziane, że to sposób modlitwy jest odzwierciedleniem tego, w co wierzymy i jak postrzegamy świat. Nie jest tajemnicą, że ryt trydencki nie jest przeznaczony tylko dla miłośników łaciny i liturgicznych tradycji, ale wiąże się ze sposobem widzenia świata i Kościoła. Inne słowa modlitwy oddają inny światopogląd. Czy w przypadku mszału przedsoborowego byłby to światopogląd, w którym mieszczą się nie tylko obraźliwe określenia Żydów, ale też nazywanie innych chrześcijan schizmatykami i heretykami oraz wzywanie do nawrócenia pogan (czyli wyznawców innych religii), które zachowane zostało w aktualnie dopuszczonym rycie? Obecność takich modlitw w Kościele zaangażowanym w dialog międzyreligijny i w dobie ekumenizmu skłania do stawiania pytań.
Niepokój spowodowany tak rozdwojoną liturgią wiąże się nie tylko ze stosunkiem do Żydów. Chodzi o to, w co wierzymy, modląc się wedle przed- i posoborowego mszału. I czy aby na pewno wierzymy w to samo."
Dramat młodzieży, która wpadła w szpony posoborowych następców sławnego zakonu św. Ignacego Loyoli, jest bardzo poważny. Indoktrynacja, której zostali poddani, każe stawiać im pod znakiem zapytania nawet sens wiary w Pana Boga:
"Przekonanie o jedyności i powszechności zbawczej Chrystusa nie musi być nierozłącznie związane z pragnieniem lub działaniem nastawionym na nawrócenie Żydów. Można powiedzieć, że Żydzi nie wierząc w Jezusa będą przez niego zbawieni przez wzgląd na przymierze, które w naszym pojęciu zawarł z nimi Trójjedyny Bóg. To nie jest równoległa droga zbawienia, bo w istocie wiedzie przez Chrystusa. Jedyną misją, jaką wobec Żydów miałby prowadzić Kościół, byłby dialog, dawanie świadectwa życiem i wspólną pracą dla Królestwa Bożego."
21 lipca minie 235 lat od wydania przez papieża Klemensa XIV breve Dominus ac Redemptor noster, likwidującego zakon jezuitów. Niech ta rocznica zmusi nas do refleksji, że decyzja papieża jakkolwiek wówczas przedwczesna, nie byłaby dzisiaj pozbawiona słuszności.
"Zostało już powiedziane, że to sposób modlitwy jest odzwierciedleniem tego, w co wierzymy i jak postrzegamy świat. Nie jest tajemnicą, że ryt trydencki nie jest przeznaczony tylko dla miłośników łaciny i liturgicznych tradycji, ale wiąże się ze sposobem widzenia świata i Kościoła. Inne słowa modlitwy oddają inny światopogląd. Czy w przypadku mszału przedsoborowego byłby to światopogląd, w którym mieszczą się nie tylko obraźliwe określenia Żydów, ale też nazywanie innych chrześcijan schizmatykami i heretykami oraz wzywanie do nawrócenia pogan (czyli wyznawców innych religii), które zachowane zostało w aktualnie dopuszczonym rycie? Obecność takich modlitw w Kościele zaangażowanym w dialog międzyreligijny i w dobie ekumenizmu skłania do stawiania pytań.
Niepokój spowodowany tak rozdwojoną liturgią wiąże się nie tylko ze stosunkiem do Żydów. Chodzi o to, w co wierzymy, modląc się wedle przed- i posoborowego mszału. I czy aby na pewno wierzymy w to samo."
Dramat młodzieży, która wpadła w szpony posoborowych następców sławnego zakonu św. Ignacego Loyoli, jest bardzo poważny. Indoktrynacja, której zostali poddani, każe stawiać im pod znakiem zapytania nawet sens wiary w Pana Boga:
"Przekonanie o jedyności i powszechności zbawczej Chrystusa nie musi być nierozłącznie związane z pragnieniem lub działaniem nastawionym na nawrócenie Żydów. Można powiedzieć, że Żydzi nie wierząc w Jezusa będą przez niego zbawieni przez wzgląd na przymierze, które w naszym pojęciu zawarł z nimi Trójjedyny Bóg. To nie jest równoległa droga zbawienia, bo w istocie wiedzie przez Chrystusa. Jedyną misją, jaką wobec Żydów miałby prowadzić Kościół, byłby dialog, dawanie świadectwa życiem i wspólną pracą dla Królestwa Bożego."
21 lipca minie 235 lat od wydania przez papieża Klemensa XIV breve Dominus ac Redemptor noster, likwidującego zakon jezuitów. Niech ta rocznica zmusi nas do refleksji, że decyzja papieża jakkolwiek wówczas przedwczesna, nie byłaby dzisiaj pozbawiona słuszności.
Klub Inteligencji "Katolickiej"
Czyli cytat w sprawie "nagonki na panią Alicję 1.0E+03". Komentując głosy katolików domagających się uchylenia wyroku ETS obciążającego państwo polskie odszkodowaniem za narodzenie dziecka, które "zgodnie z prawem" powinno być zamordowane, niejaki Andrzej Wielowieyski, wieloletni sekretarz Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie pisze:
Takie komentarze wskazują na niezwykły prymitywizm polskiej wrażliwości i brak szacunku dla kobiety. Sprawa nie ma nic wspólnego z pragnieniem ratowania każdego życia od poczęcia, nie mówiąc już o szacunku dla prawa. Bo Alicja Tysiąc miała prawo do legalnej aborcji właśnie dlatego, że spełniała jeden z warunków, kiedy ciążę można usunąć. Jest rzeczą niegodną domaganie się od niej bohaterstwa wtedy, kiedy prawo tego nie wymaga.
pomódlmy się za "katolika" "inteligenta" Wielowieyskiego...
Takie komentarze wskazują na niezwykły prymitywizm polskiej wrażliwości i brak szacunku dla kobiety. Sprawa nie ma nic wspólnego z pragnieniem ratowania każdego życia od poczęcia, nie mówiąc już o szacunku dla prawa. Bo Alicja Tysiąc miała prawo do legalnej aborcji właśnie dlatego, że spełniała jeden z warunków, kiedy ciążę można usunąć. Jest rzeczą niegodną domaganie się od niej bohaterstwa wtedy, kiedy prawo tego nie wymaga.
pomódlmy się za "katolika" "inteligenta" Wielowieyskiego...
czwartek, 10 lipca 2008
Liberał Oszajca o lewackim zakonie jezuitów
Przytaczamy poniżej wypowiedzi x. Wacława Oszajcy SI, pochodzące z wywiadu, jakiego udzielił ateistyczno-socjalistycznemu pismu "Res Humana" (nr 6 2001). Ukazał się on również w książce "Człowiek i świat. Współczesne dylematy. Rozmowy Zdzisława Słowika", Towarzystwo Kultury Świeckiej im. Tadeusza Kotarbińskiego, Warszawa 2007, s. 249-257."Powiem ogólniej: jeżeli ateizm, ale także i religia, jako określone światopoglądy, przestają być sposobem rozumienia świata a stają się ideologią państwa - to gotowe nieszczęście."
"Myślę więc, że po to m. in. Pan Bóg stworzył ateistów i agnostyków, ażeby pilnowali Kościoła czy wierzących przed wchodzeniem tam, gdzie wchodzić nie powinni, zwłaszcza, że wciąż silna jest pokusa zachęcająca wielu ludzi Kościoła, lub za takich się uważających, do zawłaszczania państwa."
"Myślę, że podstawą refleksji na ten złożony temat musi być uznanie przez wszystkie strony idei wolności religijnej."
"Z pewnością dialog, jako sposób spełnienia misji przez Kościół w społeczeństwie pluralistycznym może być poważnie utrudniony, a może nawet wykluczony w sytuacji, kiedy katolicyzm występuje w postaci fundamentalistycznej, a wiec kiedy jest bliski wizji lefebrystowskiej, albo kiedy jest nadmiernie upolityczniony. W takiej sytuacji nie można mówić o dialogu; przed tym trzeba się jedynie bronić."
wtorek, 8 lipca 2008
Francuski episkopat sabotuje wizyte Benedykta XVI we Francji
Jak donosi, mieszkający w Paryżu, uczestnik Forum Fronda, z okazji wizyty Ojca świętego we Francji przewidzianej we wrześniu tego roku episkopat francuski broni się rękami i nogami, żeby ten „siwy Bosz” nie przywlókł z Rzymu jakiejś tradycyjnej zarazy.
Ceremoniarz papieski - mgr Guido Marini, który gościł w Paryżu i Lourdes w połowie czerwca zgłosił pewną ilość postulatów odnośnie przewidzianych ceremonii podczas papieskiej wizyty. M. in. przewidzenie odpowiedniej ilości cyboriów do rozdawania komunii świętej podczas Mszy papieskich, a także absolutny zakaz używania w tym celu glinianych miseczek i wiklinowych koszyczków. Poprosił też, aby koncelebransi ubrani byli w pełny strój liturgiczny tzn. ornat - dziś powszechnym we Francji strojem jest alba bez cingulum w stylu "worek na kartofle", noszona na cywilne ciuchy plus fantazyjna stuła. Jednak największy sprzeciw episkopatu budzi plan udzielania komunii przez papieża wiernym na kolanach i do ust.
Episkopat pragnie też zachować kontrole zaproszeń na uroczystości papieskie, aby nie dopuścić do masowego udziału wiernych i księży ze wspólnot Ecclesia Dei i FSSPX. Ich średnia wieku i dynamizm na pewno nasunęłyby niektórym dziwne myśli, zwłaszcza w porównaniu ze stetryczałym Kościołem posoborowym.
Takich punktów zapalnych jest więcej. Benedykt XVI ma m.in. dokonać inauguracji wydziału teologiczno-kulturoznawczo-dialogowo ze światem tuż obok sławnego kościoła Bractwa Św. Piusa X – St. Nicolas du Chardonnet. Może wykręci francuskim biskupom psikusa i zajrzy na chwilę?
Ceremoniarz papieski - mgr Guido Marini, który gościł w Paryżu i Lourdes w połowie czerwca zgłosił pewną ilość postulatów odnośnie przewidzianych ceremonii podczas papieskiej wizyty. M. in. przewidzenie odpowiedniej ilości cyboriów do rozdawania komunii świętej podczas Mszy papieskich, a także absolutny zakaz używania w tym celu glinianych miseczek i wiklinowych koszyczków. Poprosił też, aby koncelebransi ubrani byli w pełny strój liturgiczny tzn. ornat - dziś powszechnym we Francji strojem jest alba bez cingulum w stylu "worek na kartofle", noszona na cywilne ciuchy plus fantazyjna stuła. Jednak największy sprzeciw episkopatu budzi plan udzielania komunii przez papieża wiernym na kolanach i do ust.
Episkopat pragnie też zachować kontrole zaproszeń na uroczystości papieskie, aby nie dopuścić do masowego udziału wiernych i księży ze wspólnot Ecclesia Dei i FSSPX. Ich średnia wieku i dynamizm na pewno nasunęłyby niektórym dziwne myśli, zwłaszcza w porównaniu ze stetryczałym Kościołem posoborowym.
Takich punktów zapalnych jest więcej. Benedykt XVI ma m.in. dokonać inauguracji wydziału teologiczno-kulturoznawczo-dialogowo ze światem tuż obok sławnego kościoła Bractwa Św. Piusa X – St. Nicolas du Chardonnet. Może wykręci francuskim biskupom psikusa i zajrzy na chwilę?
niedziela, 6 lipca 2008
Abp Życiński o fantazyjnych historyjkach
Jak wynika z informacji przekazanej przez KAI, podczas Mszy św. odprawionej w auli kard. Wyszyńskiego KUL w sobotę, w dniu 5 lipca , abp Józef Życiński stwierdził, że liturgia zreformowana przez Pawła VI nie pozostaje w żadnym związku z tradycją liturgiczną Kościoła katolickiego. Zgromadzenia, powołane przez Papieża dla kultywowania tradycji liturgicznych, nazwał muzeami, którym daleko jest "do wspólnoty ożywianej obecnością Chrystusa”. Stwierdził też, wbrew zdrowemu rozsądkowi, że nie można dzisiaj odprawiać uroczystych Mszy św. w nadzwyczajnym rycie rzymskim, gdyż do tego potrzeba subdiakonów, a tych nie wyświęca się dzisiaj w seminariach. Dostało się także przewodniczącemu papieskiej Komisji Ecclesia Dei kard. Castrillonowi Hoyosowi, którego abp. Życiński uznał za oderwanego od rzeczywistości, opowiadającego fantazyjne historyjki, w związku z jego ostatnią wypowiedzią dla angielskiej prasy. Abp Życiński dał to do zrozumienia zebranym podkreślając, że nie należy absolutyzować jednej tradycji liturgicznej, a marzenia o coniedzielnej Mszy w trydenckiej w każdej parafii są „zupełnie surrealistyczne”.
Metropolita lubelski poświęcił swoje wystąpienie pacyfikowanej od lat, niszowej mniejszości, spychanej permanentnie na obrzeża Kościoła przez wszystkich pasterzy, zatroskanych o najmniejszą z powierzonych im owiec. Podobno nie kopie się leżącego, jednak nawet sprawdzając jego tętno czy jeszcze dycha, można niby niechcący lekko go przydusić. O tym, że w polskim Kościele nie lubi się "tradycjonalistów" wiadomo wszystkim od lat. Oficjalnie nie lubi się ich dlatego, że jest to mała ale bardzo agresywna grupka. Abp Życiński dodaje, że grupka ta składa sie z narcyzów, zapatrzonych w siebie, którzy w miejsce Ewangelii i Chrystusa wprowadzają piękne szmatki, nie są więc godni by nazywać ich nawet chrześcijanami.
Możemy śmiało zadać pytanie - co polscy biskupi zrobili pozytywnego dla "tradycjonalistów", oprócz stosowania swoistych "Sądów Bożych"w rodzaju "jeżeli tradycyjna liturgia jest sprawą Bożą, to przetrwa wszelkie trudności"? Czy ktoś z nich, w Konferencji Episkopatu Polski zechciał gruntownie zbadać ich sytuację? Co zrobiono, aby zapobiec rozgoryczeniu setek tych młodych ludzi i zbadać przyczyny tej agresji, o której często się mówi? Czy w ogóle ktoś zaprosił "tradycjonalistów" do tego dialogu katolicko-katolickiego, o którym wspomina abp Życiński? Na wołanie o własne duszpasterstwo, czy też inne rozwiązanie pozwalające na "zagwarantowanie szacunku dla ich słusznych życzeń" (Jan Paweł II, motu proprio "Ecclesia Dei") na płaszczyźnie ogólnopolskiej, wciąż brak jest odzewu.
Zamiast zaproszenia do dialogu, odczuć daje się ustawiczny wzrost atmosfery wrogości i szykan. Przy tym aż nazbyt wyraźnie dostrzegalna jest dysproporcja sił i środków jakie używa się do polemiki z "tradycjonalistami". Wobec słabo zorganizowanych grup przeważnie młodych ludzi, rozbitych po wielu diecezjach w kraju, staje Episkopat Polski ze swoimi możliwościami i zapleczem. Wyolbrzymiony obraz tych stosunkowo nielicznych środowisk używa się w homiliach w charakterze przestróg i straszaków.
Słuchając takich kazań, jakie wygłosił abp Życiński ma się wrażenie, że tradycyjna liturgia cieszy się wspaniałą wolnością, jest obecna wszędzie tam, gdzie pojawia się potrzeba, a nawet więcej - księża oficjalnie zachęcają do zapoznawania się z jej bogactwami, a biskupi dają z góry przykład swoim zaangażowaniem i rozległą wiedzą. I tylko jacyś nienormalni maniacy, którym wciąż jest mało, walczą uparcie o zupełne już wyrugowanie liturgii zreformowanej, nie chcąc przyznać jej nawet skrawka należnego miejsca w Kościele.
Stykając się z takim spojrzeniem na sytuację "tradycjonalistów" ma się nieodparte wrażenie, że bardziej niż oni nie nadarzają rzekomo za duchem czasu, polscy Biskupi nie chcą wiedzieć i nie wiedzą, o co naprawdę im chodzi. Wypowiedź kolejnego hierarchy, tym razem metropolity Życińskiego jest tego kolejnym, smutnym dowodem.
Metropolita lubelski poświęcił swoje wystąpienie pacyfikowanej od lat, niszowej mniejszości, spychanej permanentnie na obrzeża Kościoła przez wszystkich pasterzy, zatroskanych o najmniejszą z powierzonych im owiec. Podobno nie kopie się leżącego, jednak nawet sprawdzając jego tętno czy jeszcze dycha, można niby niechcący lekko go przydusić. O tym, że w polskim Kościele nie lubi się "tradycjonalistów" wiadomo wszystkim od lat. Oficjalnie nie lubi się ich dlatego, że jest to mała ale bardzo agresywna grupka. Abp Życiński dodaje, że grupka ta składa sie z narcyzów, zapatrzonych w siebie, którzy w miejsce Ewangelii i Chrystusa wprowadzają piękne szmatki, nie są więc godni by nazywać ich nawet chrześcijanami.
Możemy śmiało zadać pytanie - co polscy biskupi zrobili pozytywnego dla "tradycjonalistów", oprócz stosowania swoistych "Sądów Bożych"w rodzaju "jeżeli tradycyjna liturgia jest sprawą Bożą, to przetrwa wszelkie trudności"? Czy ktoś z nich, w Konferencji Episkopatu Polski zechciał gruntownie zbadać ich sytuację? Co zrobiono, aby zapobiec rozgoryczeniu setek tych młodych ludzi i zbadać przyczyny tej agresji, o której często się mówi? Czy w ogóle ktoś zaprosił "tradycjonalistów" do tego dialogu katolicko-katolickiego, o którym wspomina abp Życiński? Na wołanie o własne duszpasterstwo, czy też inne rozwiązanie pozwalające na "zagwarantowanie szacunku dla ich słusznych życzeń" (Jan Paweł II, motu proprio "Ecclesia Dei") na płaszczyźnie ogólnopolskiej, wciąż brak jest odzewu.
Zamiast zaproszenia do dialogu, odczuć daje się ustawiczny wzrost atmosfery wrogości i szykan. Przy tym aż nazbyt wyraźnie dostrzegalna jest dysproporcja sił i środków jakie używa się do polemiki z "tradycjonalistami". Wobec słabo zorganizowanych grup przeważnie młodych ludzi, rozbitych po wielu diecezjach w kraju, staje Episkopat Polski ze swoimi możliwościami i zapleczem. Wyolbrzymiony obraz tych stosunkowo nielicznych środowisk używa się w homiliach w charakterze przestróg i straszaków.
Słuchając takich kazań, jakie wygłosił abp Życiński ma się wrażenie, że tradycyjna liturgia cieszy się wspaniałą wolnością, jest obecna wszędzie tam, gdzie pojawia się potrzeba, a nawet więcej - księża oficjalnie zachęcają do zapoznawania się z jej bogactwami, a biskupi dają z góry przykład swoim zaangażowaniem i rozległą wiedzą. I tylko jacyś nienormalni maniacy, którym wciąż jest mało, walczą uparcie o zupełne już wyrugowanie liturgii zreformowanej, nie chcąc przyznać jej nawet skrawka należnego miejsca w Kościele.
Stykając się z takim spojrzeniem na sytuację "tradycjonalistów" ma się nieodparte wrażenie, że bardziej niż oni nie nadarzają rzekomo za duchem czasu, polscy Biskupi nie chcą wiedzieć i nie wiedzą, o co naprawdę im chodzi. Wypowiedź kolejnego hierarchy, tym razem metropolity Życińskiego jest tego kolejnym, smutnym dowodem.
piątek, 4 lipca 2008
Kto dzisiaj powołuje do kapłaństwa?
We Francji - mass merdia... Jak donosi Rzepa, aby skłonić młodych Francuzów do wstępowania do seminariów, diecezja w Besancon zdecydowała się na niezwykłą formę reklamy: internetowe reality show w stylu Wielkiego Brata
„Akademia księży” pokazuje życie codzienne trzech duchownych w wieku od 30 do 48 lat. Franck, Michel i Christoph modlą się, gotują i odprawiają mszę przed kamerami. Można zobaczyć Michela prowadzącego lekcje religii w szkole oraz Francka podczas kupowania sutann
y. Pod koniec każdego z epizodów księża dzielą się swoimi troskami w specjalnym „konfesjonale”. Program, który można obejrzeć cztery razy w tygodniu na portalach YouTube i Dailymotion, okazał się wielkim sukcesem. Średnia oglądalność znacznie przerosła oczekiwania inicjatorów projektu. Pierwsze dwa odcinki 21 czerwca obejrzało ponad 160 tysięcy internautów. Diecezja otrzymała setki listów od młodych ludzi, którym program pomógł w podjęciu decyzji o studiach kapłańskich.
„Dziękuję za ten program. Pomógł mi podjąć decyzję w chwili, gdy powołanie dojrzewa w moim sercu” – pisze Anthony z Montpellier.
Właśnie o to chodziło producentom. – Większości młodych ludzi kapłaństwo kojarzy się z ciężką pracą i wyrzeczeniami. Chcieliśmy im pokazać, że się mylą, i udało nam się! – cieszy się kierownik diecezjalnego biura ds. powołań ksiądz Eric Poinsot. Jego zdaniem nie oznacza to, że liczba powołań teraz dramatycznie wzrośnie. – Wystarczy, że dzięki programowi dwie osoby zdecydują się na kapłaństwo. To byłby już wielki sukces – mówi duchowny.
Pomyśmy dziś przy wieczornej modlitwie o francuskich kapłanach-degeneratach, aby Duch Święty przypomniał im,na czym polega kapłaństwo katolickie.
„Akademia księży” pokazuje życie codzienne trzech duchownych w wieku od 30 do 48 lat. Franck, Michel i Christoph modlą się, gotują i odprawiają mszę przed kamerami. Można zobaczyć Michela prowadzącego lekcje religii w szkole oraz Francka podczas kupowania sutann
y. Pod koniec każdego z epizodów księża dzielą się swoimi troskami w specjalnym „konfesjonale”. Program, który można obejrzeć cztery razy w tygodniu na portalach YouTube i Dailymotion, okazał się wielkim sukcesem. Średnia oglądalność znacznie przerosła oczekiwania inicjatorów projektu. Pierwsze dwa odcinki 21 czerwca obejrzało ponad 160 tysięcy internautów. Diecezja otrzymała setki listów od młodych ludzi, którym program pomógł w podjęciu decyzji o studiach kapłańskich.„Dziękuję za ten program. Pomógł mi podjąć decyzję w chwili, gdy powołanie dojrzewa w moim sercu” – pisze Anthony z Montpellier.
Właśnie o to chodziło producentom. – Większości młodych ludzi kapłaństwo kojarzy się z ciężką pracą i wyrzeczeniami. Chcieliśmy im pokazać, że się mylą, i udało nam się! – cieszy się kierownik diecezjalnego biura ds. powołań ksiądz Eric Poinsot. Jego zdaniem nie oznacza to, że liczba powołań teraz dramatycznie wzrośnie. – Wystarczy, że dzięki programowi dwie osoby zdecydują się na kapłaństwo. To byłby już wielki sukces – mówi duchowny.
Pomyśmy dziś przy wieczornej modlitwie o francuskich kapłanach-degeneratach, aby Duch Święty przypomniał im,na czym polega kapłaństwo katolickie.
Trudności w dialogu tradycyjno-reformistycznym
Stykając się ze szczególnie aktywną ostatnio w Kościele opozycją przeciwko liturgii tradycyjnej, możemy zaobserwować, że wśród jej zagorzałych przeciwników są praktycznie w 100% ludzie, którzy albo dawno ją zapomnieli, albo bardzo niewiele wiedzą na jej temat. Jednocześnie wśród zagorzałych orędowników jak najszerszego upowszechniania katolickich tradycji liturgicznych są w 100% ludzie, którzy bardzo dobrze poznali liturgią odnowioną, stykając się z nią z konieczności na co dzień. Z tego powodu bardzo trudno jest między tymi dwoma grupami nawiązać jakikolwiek sensowny dialog. Ciężko jest po prostu rozmawiać z kimś o czymś, co jest mu zupełnie obce.
W takim podejściu wyraża się równocześnie zdecydowana przewaga intelektualna i empiryczna obrońców tradycji liturgicznych Kościoła. Nie ważne bowiem jakie stopnie naukowe posiadałby niewidomy od urodzenia starzec, bo i tak nie mógłby równać się w dyskusji o kolorach z widzącym dzieckiem.
Niedouczenie liturgiczne implikuje także o wiele dalej idące skutki. Wrogowie Mszału św. Piusa V nigdy nie sięgają po argumenty najważniejsze dla chrześcijan. Dla nich stara liturgia nie jest zła, dlatego że oddala człowieka od Boga, wpływa ujemnie na jego pobożność, osłabia wiarę, czy zagraża zbawieniu. W ogóle niepewność zbawienia kogokolwiek jest dla przeciwników dawnego Mszału kompletnie abstrakcyjnym problemem. Posługują się oni za to argumentami zupełnie pozareligijnymi, takimi jak np. szybkość, atrakcyjność, łatwość, dowolność, czy różnorodność liturgii. Formy Mszy św. nie oceniają w relacji do Pana Boga, lecz do człowieka. Nie analizują liturgii pod kątem wiary katolickiej lecz w stosunku do niemalże dogmatyzowanej reformy liturgicznej lub Soboru Watykańskiego II.
Reformiści, atakując "starą" Mszę św., powołują się także z upodobaniem na kryterium postępu - kroczenie naprzód przeciwstawiane jest przez nich wracaniu się wstecz. Liturgia nie jest wg nich doskonalsza dzięki zgodności z Tradycją lecz wbrew Tradycji, która traktowana jest pejoratywnie, jako coś co nakłada na nią zbyt krępujące więzy.
Liturgia św. Grzegorza Wielkiego i św. Piusa V staje się w takim rozumieniu niepełna. Jest bowiem swoistą niewolnicą Tradycji, gdyż kształtowała się w czasie prowadzenia przez Kościół różnorakich sporów religijnych z heretykami. Skutkiem tego, liturgię tradycyjną cechuje przesadne akcentowania różnic, zamiast wolne od uprzedzeń odkrywanie jej prawidłowego kształtu niezależnie od ludzkich podziałów.
Dawniej można było spotkać się z twierdzeniem, że dzięki herezjom wiara katolicka mogła pełniej się rozwinąć i wyraźnie formułować swoje dogmaty. Dzisiaj mówi się raczej o tym, że przez herezje, którymi niesłusznie określano różne opinie teologiczne, wiara katolicka ulegała wypaczeniu, zbytnio akcentując przeciwieństwa, zamiast wypośrodkowywać swoje twierdzenia.
Potężne skutki związane z zastąpieniem tradycyjnej liturgii, liturgią unowocześnioną widać nie tylko w kościele, gdy osoby uczestniczące w niej pierwszy raz nie bardzo wiedzą jak się zachować. Jest to wina wyłącznie zaniedbania edukacji i odpowiedniej katechezy. Ogromne skutki wiążą się przede wszystkim z upadkiem wiedzy liturgicznej i wywróceniem do góry nogami świadomości znaczenia tego, czym jest sama liturgia.
W takim podejściu wyraża się równocześnie zdecydowana przewaga intelektualna i empiryczna obrońców tradycji liturgicznych Kościoła. Nie ważne bowiem jakie stopnie naukowe posiadałby niewidomy od urodzenia starzec, bo i tak nie mógłby równać się w dyskusji o kolorach z widzącym dzieckiem.
Niedouczenie liturgiczne implikuje także o wiele dalej idące skutki. Wrogowie Mszału św. Piusa V nigdy nie sięgają po argumenty najważniejsze dla chrześcijan. Dla nich stara liturgia nie jest zła, dlatego że oddala człowieka od Boga, wpływa ujemnie na jego pobożność, osłabia wiarę, czy zagraża zbawieniu. W ogóle niepewność zbawienia kogokolwiek jest dla przeciwników dawnego Mszału kompletnie abstrakcyjnym problemem. Posługują się oni za to argumentami zupełnie pozareligijnymi, takimi jak np. szybkość, atrakcyjność, łatwość, dowolność, czy różnorodność liturgii. Formy Mszy św. nie oceniają w relacji do Pana Boga, lecz do człowieka. Nie analizują liturgii pod kątem wiary katolickiej lecz w stosunku do niemalże dogmatyzowanej reformy liturgicznej lub Soboru Watykańskiego II.
Reformiści, atakując "starą" Mszę św., powołują się także z upodobaniem na kryterium postępu - kroczenie naprzód przeciwstawiane jest przez nich wracaniu się wstecz. Liturgia nie jest wg nich doskonalsza dzięki zgodności z Tradycją lecz wbrew Tradycji, która traktowana jest pejoratywnie, jako coś co nakłada na nią zbyt krępujące więzy.
Liturgia św. Grzegorza Wielkiego i św. Piusa V staje się w takim rozumieniu niepełna. Jest bowiem swoistą niewolnicą Tradycji, gdyż kształtowała się w czasie prowadzenia przez Kościół różnorakich sporów religijnych z heretykami. Skutkiem tego, liturgię tradycyjną cechuje przesadne akcentowania różnic, zamiast wolne od uprzedzeń odkrywanie jej prawidłowego kształtu niezależnie od ludzkich podziałów.
Dawniej można było spotkać się z twierdzeniem, że dzięki herezjom wiara katolicka mogła pełniej się rozwinąć i wyraźnie formułować swoje dogmaty. Dzisiaj mówi się raczej o tym, że przez herezje, którymi niesłusznie określano różne opinie teologiczne, wiara katolicka ulegała wypaczeniu, zbytnio akcentując przeciwieństwa, zamiast wypośrodkowywać swoje twierdzenia.
Potężne skutki związane z zastąpieniem tradycyjnej liturgii, liturgią unowocześnioną widać nie tylko w kościele, gdy osoby uczestniczące w niej pierwszy raz nie bardzo wiedzą jak się zachować. Jest to wina wyłącznie zaniedbania edukacji i odpowiedniej katechezy. Ogromne skutki wiążą się przede wszystkim z upadkiem wiedzy liturgicznej i wywróceniem do góry nogami świadomości znaczenia tego, czym jest sama liturgia.
czwartek, 3 lipca 2008
Matka Boża od Neonówek
Na powyższe żenujące ustrojstwo natknąłem się dzisiaj w Krapkowicach (woj. opolskie) w kościele p.w. Ducha Świętego. Proponuję w kolejnych wersjach rozwojowych urządzenia zastąpić jarzące się neonówki - bursztynowymi diodami świecącymi w kształcie serduszka (mniejsze zużycie prądu, więcej zostanie na budowę domu parafialnego) oraz odgrywać po wrzuceniu monety zapowiedź z głośnika: Bóg zapłać! (w intonacji zależnej od wrzuconego nominału). Jak szaleć, to szaleć!To jest właśnie całe posoborowie - zamiast rzeczywistych symboli - same atrapy. Boć i posoborowie jest atrapą katolicyzmu. Z zewnątrz pozłota, a w środku pusto.
----
Czytelnicy naszego forum zasugerowali, aby neonówki zastąpić wyświetlaczem na wściekłych :-) kryształach, na którym - po wrzuceniu monety - ukaże się tak dobrze znany z forów internetowych...
[']
środa, 2 lipca 2008
Tygodnik Powszechny alarmuje: Księża wypną się do wiernych plecami!
Gdy poruszany bywa w publicznej dyskusji temat tradycyjnej liturgii Kościoła, niemal za każdym razem można wyczuć swoistą blokadę intelektualną, która dotyka wszystkich popularnych "watykanistów", służących swoim głosem rozsądku we wszelkiego rodzaju mediach. Przykład takiej blokady mieliśmy nie-przyjemność spotkać np. w artykule Józefa Majewskiego, zamieszczonym w Tygodniku Powszechnym, pt. "Piotrowa łódź zmienia kierunek", który pisał: "Determinacja Benedykta XVI, by uwolnić liturgię trydencką, doprowadziła go do nieznanej wcześniej formy papieskiej ingerencji w historię liturgii." W podobne tony uderza Tygodnik również w swoim ostatnim numerze. "Papieska rewolucja - księża tyłem do wiernych" - tak brzmi nagłówek w internetowym wydaniu, pisma w którym większościowy pakiet nabył niedawno koncern ITI. "Papież chce, aby w każdym kościele była msza po łacinie, odprawiana tyłem do wiernych" - alarmuje pismo. Sam naczelny szybko jednak uspokaja czytelników w swoim artykule "Robienie liturgii", którego pretensjonalność jest adekwatna do roztrząsanego tematu: "Czyżby odwrót od soborowej odnowy liturgicznej? Bez obaw." Po zasygnalizowaniu zagrożenia, którego nie należy lekceważyć, ks. Adam Boniecki spokojnym tonem eksperta, udowadnia że Benedykt XVI nie odważy się na żadne bardziej zdecydowane kroki. Szybko wertując książkę "Duch liturgii" natrafia przy końcu na cytat, który go uspokaja. Postanawia więc uczynić z niego opokę swojego orędzia do zatroskanych modernistów: „Nic nie jest przecież bardziej szkodliwe dla liturgii, jak właśnie ciągłe jej »robienie«, nawet jeśli się wydaje, że chodzi tu o rzeczywistą odnowę”.
Od dawna kard. Ratzinger dał się poznać jako zwolennik reformy reformy liturgicznej, wielokrotnie wypowiadał się też za koniecznością zagwarantowania równości wszelkich prawowiernych rytów Mszy św., co świadczyć ma o bogactwie liturgicznym Kościoła. Jedyne zaś co krytykował zawzięcie, to właśnie instrumentalne traktowanie liturgii w procesie jej permanentnej posoborowej odnowy, ciągłe jej obdzieranie ze wszelkiego sacrum. Takiej liturgii nie wahał się nazwać nawet "banalnym produktem chwili", wytworem komisji ekspertów, fabrykatem oderwanym od wszelkiego katolickiego ducha. Redaktorzy Tygodnika Powszechnego, jedynie co robią zgodnie z tradycją, to przekręcają kota ogonem. Obawy i zastrzeżenia Bendykta XVI obracają paradoksalnie przeciwko niemu. Gdy papież mówi o wyeliminowaniu ingerencji w liturgię - rozwiewają tym obawy dotyczące przywrócenia jej należnego blasku; gdy papież mówi o uznaniu obowiązującym Mszału, który nigdy nie został zakazany - straszą nieznanym dotychczas wkroczeniem w jej sferę; gdy papież mówi o konieczności przyznania tradycyjnej liturgii należnego miejsca - uspokajają, że nie stawia żadnych wymogów, a jedynie zachęca; gdy papież wielkodusznie mówi o odkryciu przed wszystkimi skarbów Kościoła - widzą w tym geście jedynie grymas skierowany w kierunku krnąbrnych lefebrystów.
I tak oto redaktorzy Tygodnika Powszechnego robią wariata nie tylko ze swoich naiwnych czytelników, ale przede wszystkim z Papieża, instrumentalnie wykorzystując go do ideologii z której znane jest ich pismo. Z niestrudzonego krytyka sposobu wprowadzenia posoborowej reformy liturgicznej, Tygodnik Powszechny czyni z Ojca Świętego zagorzałego przeciwnika uzdrowienia liturgii katolickiej.
wtorek, 1 lipca 2008
O. Napiórkowskiego walka z Najświętszą Maryją Panną
Wspomnieliśmy poprzednio o obecnym w Kościele posoborowym zakazie wydawania licznych dzieł, które przez wieki kształtowały katolicką pobożność. Warto przyjrzeć się temu bliżej, gdyż problem ten nie dotyka jedynie uciążliwości pewnych fragmentów starych książek, lecz generalnej zmiany treści nauczania forsowanego w Kościele posoborowym kosztem nauki katolickiej. W nawiązaniu do zmowy milczenia nad książką św. Alfonsa Liguori pt. "Uwielbienia Maryi" oraz na przykładzie prac o. Stanisława Napiórkowskiego, możemy postarać się zrozumieć, dlaczego zasadniczo nie wydaje się dzisiaj katolickich książek o tematyce mariologicznej.
O. Napiórkowski znany jest przeważnie jedynie z tego, że prowadzi bezpardonową walkę z katolicką teologią. Atrakcyjność jego twierdzeń i popularność jego osoby zasadzają się w gruncie rzeczy na odważnym i nowatorskim podkopywaniu utrwalonych prawd wiary, pod płaszczykiem wprowadzania w życie posoborowej odnowy na wszelkich szczeblach katolickiego życia. Świadomość doniosłości jego misji wzmaga dodatkowo przeświadczenie, że po soborze wszystkie istniejące podręczniki do mariologii stały się już nieaktualne a co za tym idzie zabrakło specjalistów - mariologów, którzy potrafiliby nauczać w duchu Vaticanum II. O. Napiórkowski, w oparciu o te cenne obserwacje, zmuszony jest więc rozwinąć pracę w duchu autentycznie posoborowej mariologii, świadomy swojego pionierskiego zadania: "Uderzenie głową w mur protestanckiego sprzeciwu zapaliło gwiazdy w mojej głowie, przyprawiło o wielki teologiczny ból głowy. Otworzyło też moje oczy na niektóre (niestety, dość liczne) niewłaściwości w katolickiej czci maryjnej, jak przeciwstawianie dobroci Matki surowości Syna". Do czasu napisania w 1988 r. podręcznika z wykładem prawidłowej nauki o NMP, uskarżał się nad tym, że kapłani i biskupi wciąż uczą chrystotypicznej mariologii przedsoborowej, co za tym idzie przedkładają ludowi Bożemu naukę o Współodkupicielce, namawiają do wzywania Maryi, zamiast przede wszystkim skoncentrować się na Jej naśladowaniu, a w ich artykułach, kazaniach i listach pasterskich ujawnia się wybiórczość w recepcji mariologii soborowej.
O. Napiórkowski ubolewa, że do czołowych kaznodziejów polskich nie dotarła jeszcze w ogóle teologia soborowa. W oparciu o prace o. Napiórkowskiego o tematyce mariologicznej możemy prześledzić drogę zasadniczych zmian wprowadzanych w ostatnich latach w kulcie maryjnym.
Podstawową wadą tradycyjnej mariologii jest zdaniem popularnego franciszkanina... zbytnie odwoływanie się do nauczania papieży. Efektem tego staje się rzekome wybcowanie mariologii z szeroko pojętej teologii oraz zejście na dalszy plan Pisma św. i patrystyki; jeśli już nawet odwoływano się do nich, interpretowano je tendencyjnie, na modłę "maryjnej mody" i tekstów nowszych świętych i apostołów maryjnych. Taka mariologia była nie tylko zła, ale nadto utrudniała dialog ekumeniczny. Na całe szczęście Sobór Watykański II odrzucił przygotowany nań schemat mariologiczny, utkany prawie wyłącznie ze 117 wypowiedzi papieży, a przyjął schemat biblijny i historiozbawczy, w którym zachowało się jedynie 14 wypowiedzi papieży.
Zdaniem o. Napiórkowskiego mariologia przedsoborowa była mariologią chrystotypiczną, tzn. rozważała Maryję jako wielkość paralelną do Chrystusa, przedstawiając ją z tytułami, przynależnymi przede wszystkim Chrystusowi (Wszechpośredniczka, Odkupicielka itp.). Ta paralela Chrystusa i Maryi wychodziła często na korzyść Maryi, w której upatrywano źródło miłosierdzia, nierzadko przeciwstawiając je sprawiedliwości Syna (por. św. Bernard, bł. Maksymilian). Stąd jakże niepoprawne, ale jakże popularne, nauczanie, że lepiej powierzać się bezpośrednio Maryi, a nie Chrystusowi. Takie ujęcie problemu alienowało Maryję z Ludu Bożego i stawiało ją obok Chrystusa.
O. Napiórkowski cieszy się, że styl nauczania mariologów, opierających się głównie na nauczaniu papieży przedsoborowych, skoncentrowany zanadto na pośrednictwie i współodkupicielstwie Maryi, został odrzucony przez sobór. W jego dokumentach zwrócono za to uwagę na nauczanie o Jej pośrednictwie poprzez skoncentrowanie się na jedynym, doskonałym i wystarczającym pośrednictwie Chrystusa: celowo zrezygnowano z nazywania Jej Współodkupicielką i Wszechpośredniczką; nazwano Ją Pośredniczką, Orędowniczką, Wspomożycielką i Pomocnicą, lecz nie w znaczeniu dogmatycznym, lecz modlitewnym, liturgicznym i pobożnościowym. Przynależą się Jej (jak i każdemu wierzącemu, lecz Jej w sposób wyjątkowy) te tytuły z racji tego, że partycypuje w jedynym pośrednictwie Chrystusa.
Najważniejszą przeszkodą w nowatorskim podejściu do NMP jest dla o. Napiórkowskiego jej kult. Cześć oddawana świętym musi mieć odniesienie do Boga i musi być kultem ze względu na Boga, ze względu na to, co im uczynił, kim dla nich był i jak ich wykorzystał. Więcej Chrystusa w kulcie Maryi - woła Ojciec profesor! Chrystus, nasz Pan i Zbawiciel oraz jedyna Droga do Ojca, jako ośrodek chrześcijańskiego kultu religijnego, który w swej łasce uczynił Maryję pierwszą chrześcijanką, musi stać w centrum wszystkich aktów religijnych. Katolicka pobożność maryjna wymaga wyakcentowania tego punktu, ponieważ nie zauważa się w niej tej jasności chrystocentrycznej. Należy więc odnowić każdy możliwy przejaw kultu, w którym, w celu uwypuklenia osoby Maryi, Chrystus schodzi na plan dalszy. Gdy Maryja staje się autonomicznym przedmiotem kultu, należy zapytać, czy mamy jeszcze do czynienia z kultem chrześcijańskim? W kulcie maryjnym uwzględniać należy także osiągnięcia nauk o człowieku, co pozwoli przestawiać Maryję jako wzór do naśladowania dla współczesnego człowieka. Unikać trzeba niewłaściwych i przesadnych form kultu, które zrażają do katolicyzmu chrześcijan innych wyznań. O. Napiórkowski z radością zauważa, że w odniowionym Mszale nie ma ani jednej modlitwy do Matki Najświętszej.
Pobożność ludowa widzi Maryję pomiędzy sobą, a Chrystusem, albo też, pomiędzy sobą a Bogiem. Taki rodzaj pośrednictwa implikuje wg o. Napiórkowskiego jego niedoskonałość, nie jest bowiem doskonałym pośrednikiem ten, kto stoi pomiędzy powaśnionymi stronami (tu: świętym Bogiem i grzesznym człowiekiem) i próbuje je skleić. Doskonałe pośrednictwo wymaga podjęcia takich działań, aby powaśnione strony mogły się spotkać twarzą w twarz, w miłości i pojednaniu. Teologicznie rzecz ujmując, z takim pośrednictwem mamy do czynienia wtedy, kiedy człowiek spotyka się bezpośrednio z Chrystusem lub z Bogiem, a nie poprzez osoby trzecie. Aby więc maryjne mediatio było doskonałe, musi prowadzić do bezpośredniego spotkania w przyjaźni człowieka z Bogiem. Nieuwzględniane tego postulatu w przepowiadaniu o Maryi i świętych budzi obawy, że jako katolicy tylko werbalnie uznajemy jedyne i absolutnie doskonałe pośrednictwo Chrystusa podczas, gdy nasza pobożność zapełnia innymi pośrednikami przestrzeń pomiędzy nami a Chrystusem.
Kim jest więc Maryja Panna dla o. Napiórkowskiego? Wwyjaśnia to na jednym ze spotkań ekumenicznych, gdy powołuje się na teorię jednego z protestanckich pastorów. Dzień, w którym poznał tą teorię nazywa zaś "jednym z najpiękniejszych w swoim życiu":
"Dlatego, że wszyscy ochrzczeni przez chrzest są zanurzeni w Chrystusie, głęboko złączeni z Chrystusem. Chrystus zaś jest kapłanem, a kapłaństwo jest pośrednictwem. Kto przez chrzest łączy się z Chrystusem kapłanem, staje się również kapłanem, czyli pośrednikiem. Nie ma chrześcijanina, który nie byłby w Chrystusie kapłanem, a więc pośrednikiem. Oczywiście, nie ma pośrednictwa zbawienia poza Chrystusem, ale przecież nie chodzi ani o pośrednictwo poza Chrystusem, ani bez Chrystusa, ani przeciw Chrystusowi, ale o pośrednictwo w Chrystusie. Kto wierzy Słowu Bożemu, kto wierzy św. Pawłowi, ten wierzy, iż każdy ochrzczony jest pośrednikiem zbawienia, pośrednikiem w Pośredniku, w jedynym Pośredniku. Im kto głębiej zakorzeniony w Chrystusie, tym pełniej jest pośrednikiem. A ponieważ Matka Pana była w szczególny sposób zjednoczona z Chrystusem, w szczególny sposób jest pośredniczką."
Problem Matki Bożej zostaje więc ostatecznie rozwiązany przez o. Napiórkowskiego poprzez pozbawienie Jej jedynej i wyjątkowej roli w Boskim planie zbawienia. Staje się Ona wyłącznie jakimś "pośrednikiem zbawienia" na tej samej zasadzie jak każdy ochrzczony, zaledwie z uwzględnieniem charakterystycznego dla siebie sposobu. Maryja Panna zostaje zdegradowana z Matki Boga, Niepokalanie Poczętej, Wniebowziętej, wybranej z wielu pokoleń, pełnej łaski, która znalazła łaskę u Boga, tej która zmiażdży głowę węża, Niewiasty obleczonej w słońce z wieńcem z gwiazd dwunastu. Nie przeszył jej już miecz boleści, nie została przez Chrystusa powierzona nam jako Matka, tym samym nie wysłuchuje Ona modlitw wiernych, nie wstawia się za nami przed Swoim Synem jak w Kanie Galilejskiej. Próżno by wymieniać inne piękne określenia, których wiara katolicka używa w zachwycie nad Maryją, a które ustąpiły miejsca oschłym i wyważonym zwrotom rodem z podręczników o. Napiórkowskiego. Wraz ze wszystkimi świętymi i ich rozprawami teologicznymi, cześć do Najświętszej Panny została złożona na ołtarzu posoborowej odnowy. O. Napiórkowski pod pozorem dostosowania mariologii do wymogów aggiornamento nie czyni niczego nowego, jak tylko odważnie odświeża stare, protestanckie herezje. Gdy odrzucimy naukę papieży i świętych o Najświętszej Maryi Pannie, znajdujemy bowiem nieuchronnie sprzymierzeńca w tych, którzy z nieustannego sprzeciwu wobec niej urządzili sobie zasadę swojej wiary.
O. Napiórkowski znany jest przeważnie jedynie z tego, że prowadzi bezpardonową walkę z katolicką teologią. Atrakcyjność jego twierdzeń i popularność jego osoby zasadzają się w gruncie rzeczy na odważnym i nowatorskim podkopywaniu utrwalonych prawd wiary, pod płaszczykiem wprowadzania w życie posoborowej odnowy na wszelkich szczeblach katolickiego życia. Świadomość doniosłości jego misji wzmaga dodatkowo przeświadczenie, że po soborze wszystkie istniejące podręczniki do mariologii stały się już nieaktualne a co za tym idzie zabrakło specjalistów - mariologów, którzy potrafiliby nauczać w duchu Vaticanum II. O. Napiórkowski, w oparciu o te cenne obserwacje, zmuszony jest więc rozwinąć pracę w duchu autentycznie posoborowej mariologii, świadomy swojego pionierskiego zadania: "Uderzenie głową w mur protestanckiego sprzeciwu zapaliło gwiazdy w mojej głowie, przyprawiło o wielki teologiczny ból głowy. Otworzyło też moje oczy na niektóre (niestety, dość liczne) niewłaściwości w katolickiej czci maryjnej, jak przeciwstawianie dobroci Matki surowości Syna". Do czasu napisania w 1988 r. podręcznika z wykładem prawidłowej nauki o NMP, uskarżał się nad tym, że kapłani i biskupi wciąż uczą chrystotypicznej mariologii przedsoborowej, co za tym idzie przedkładają ludowi Bożemu naukę o Współodkupicielce, namawiają do wzywania Maryi, zamiast przede wszystkim skoncentrować się na Jej naśladowaniu, a w ich artykułach, kazaniach i listach pasterskich ujawnia się wybiórczość w recepcji mariologii soborowej.
O. Napiórkowski ubolewa, że do czołowych kaznodziejów polskich nie dotarła jeszcze w ogóle teologia soborowa. W oparciu o prace o. Napiórkowskiego o tematyce mariologicznej możemy prześledzić drogę zasadniczych zmian wprowadzanych w ostatnich latach w kulcie maryjnym.
Podstawową wadą tradycyjnej mariologii jest zdaniem popularnego franciszkanina... zbytnie odwoływanie się do nauczania papieży. Efektem tego staje się rzekome wybcowanie mariologii z szeroko pojętej teologii oraz zejście na dalszy plan Pisma św. i patrystyki; jeśli już nawet odwoływano się do nich, interpretowano je tendencyjnie, na modłę "maryjnej mody" i tekstów nowszych świętych i apostołów maryjnych. Taka mariologia była nie tylko zła, ale nadto utrudniała dialog ekumeniczny. Na całe szczęście Sobór Watykański II odrzucił przygotowany nań schemat mariologiczny, utkany prawie wyłącznie ze 117 wypowiedzi papieży, a przyjął schemat biblijny i historiozbawczy, w którym zachowało się jedynie 14 wypowiedzi papieży.
Zdaniem o. Napiórkowskiego mariologia przedsoborowa była mariologią chrystotypiczną, tzn. rozważała Maryję jako wielkość paralelną do Chrystusa, przedstawiając ją z tytułami, przynależnymi przede wszystkim Chrystusowi (Wszechpośredniczka, Odkupicielka itp.). Ta paralela Chrystusa i Maryi wychodziła często na korzyść Maryi, w której upatrywano źródło miłosierdzia, nierzadko przeciwstawiając je sprawiedliwości Syna (por. św. Bernard, bł. Maksymilian). Stąd jakże niepoprawne, ale jakże popularne, nauczanie, że lepiej powierzać się bezpośrednio Maryi, a nie Chrystusowi. Takie ujęcie problemu alienowało Maryję z Ludu Bożego i stawiało ją obok Chrystusa.
O. Napiórkowski cieszy się, że styl nauczania mariologów, opierających się głównie na nauczaniu papieży przedsoborowych, skoncentrowany zanadto na pośrednictwie i współodkupicielstwie Maryi, został odrzucony przez sobór. W jego dokumentach zwrócono za to uwagę na nauczanie o Jej pośrednictwie poprzez skoncentrowanie się na jedynym, doskonałym i wystarczającym pośrednictwie Chrystusa: celowo zrezygnowano z nazywania Jej Współodkupicielką i Wszechpośredniczką; nazwano Ją Pośredniczką, Orędowniczką, Wspomożycielką i Pomocnicą, lecz nie w znaczeniu dogmatycznym, lecz modlitewnym, liturgicznym i pobożnościowym. Przynależą się Jej (jak i każdemu wierzącemu, lecz Jej w sposób wyjątkowy) te tytuły z racji tego, że partycypuje w jedynym pośrednictwie Chrystusa.
Najważniejszą przeszkodą w nowatorskim podejściu do NMP jest dla o. Napiórkowskiego jej kult. Cześć oddawana świętym musi mieć odniesienie do Boga i musi być kultem ze względu na Boga, ze względu na to, co im uczynił, kim dla nich był i jak ich wykorzystał. Więcej Chrystusa w kulcie Maryi - woła Ojciec profesor! Chrystus, nasz Pan i Zbawiciel oraz jedyna Droga do Ojca, jako ośrodek chrześcijańskiego kultu religijnego, który w swej łasce uczynił Maryję pierwszą chrześcijanką, musi stać w centrum wszystkich aktów religijnych. Katolicka pobożność maryjna wymaga wyakcentowania tego punktu, ponieważ nie zauważa się w niej tej jasności chrystocentrycznej. Należy więc odnowić każdy możliwy przejaw kultu, w którym, w celu uwypuklenia osoby Maryi, Chrystus schodzi na plan dalszy. Gdy Maryja staje się autonomicznym przedmiotem kultu, należy zapytać, czy mamy jeszcze do czynienia z kultem chrześcijańskim? W kulcie maryjnym uwzględniać należy także osiągnięcia nauk o człowieku, co pozwoli przestawiać Maryję jako wzór do naśladowania dla współczesnego człowieka. Unikać trzeba niewłaściwych i przesadnych form kultu, które zrażają do katolicyzmu chrześcijan innych wyznań. O. Napiórkowski z radością zauważa, że w odniowionym Mszale nie ma ani jednej modlitwy do Matki Najświętszej.
Pobożność ludowa widzi Maryję pomiędzy sobą, a Chrystusem, albo też, pomiędzy sobą a Bogiem. Taki rodzaj pośrednictwa implikuje wg o. Napiórkowskiego jego niedoskonałość, nie jest bowiem doskonałym pośrednikiem ten, kto stoi pomiędzy powaśnionymi stronami (tu: świętym Bogiem i grzesznym człowiekiem) i próbuje je skleić. Doskonałe pośrednictwo wymaga podjęcia takich działań, aby powaśnione strony mogły się spotkać twarzą w twarz, w miłości i pojednaniu. Teologicznie rzecz ujmując, z takim pośrednictwem mamy do czynienia wtedy, kiedy człowiek spotyka się bezpośrednio z Chrystusem lub z Bogiem, a nie poprzez osoby trzecie. Aby więc maryjne mediatio było doskonałe, musi prowadzić do bezpośredniego spotkania w przyjaźni człowieka z Bogiem. Nieuwzględniane tego postulatu w przepowiadaniu o Maryi i świętych budzi obawy, że jako katolicy tylko werbalnie uznajemy jedyne i absolutnie doskonałe pośrednictwo Chrystusa podczas, gdy nasza pobożność zapełnia innymi pośrednikami przestrzeń pomiędzy nami a Chrystusem.
Kim jest więc Maryja Panna dla o. Napiórkowskiego? Wwyjaśnia to na jednym ze spotkań ekumenicznych, gdy powołuje się na teorię jednego z protestanckich pastorów. Dzień, w którym poznał tą teorię nazywa zaś "jednym z najpiękniejszych w swoim życiu":
"Dlatego, że wszyscy ochrzczeni przez chrzest są zanurzeni w Chrystusie, głęboko złączeni z Chrystusem. Chrystus zaś jest kapłanem, a kapłaństwo jest pośrednictwem. Kto przez chrzest łączy się z Chrystusem kapłanem, staje się również kapłanem, czyli pośrednikiem. Nie ma chrześcijanina, który nie byłby w Chrystusie kapłanem, a więc pośrednikiem. Oczywiście, nie ma pośrednictwa zbawienia poza Chrystusem, ale przecież nie chodzi ani o pośrednictwo poza Chrystusem, ani bez Chrystusa, ani przeciw Chrystusowi, ale o pośrednictwo w Chrystusie. Kto wierzy Słowu Bożemu, kto wierzy św. Pawłowi, ten wierzy, iż każdy ochrzczony jest pośrednikiem zbawienia, pośrednikiem w Pośredniku, w jedynym Pośredniku. Im kto głębiej zakorzeniony w Chrystusie, tym pełniej jest pośrednikiem. A ponieważ Matka Pana była w szczególny sposób zjednoczona z Chrystusem, w szczególny sposób jest pośredniczką."
Problem Matki Bożej zostaje więc ostatecznie rozwiązany przez o. Napiórkowskiego poprzez pozbawienie Jej jedynej i wyjątkowej roli w Boskim planie zbawienia. Staje się Ona wyłącznie jakimś "pośrednikiem zbawienia" na tej samej zasadzie jak każdy ochrzczony, zaledwie z uwzględnieniem charakterystycznego dla siebie sposobu. Maryja Panna zostaje zdegradowana z Matki Boga, Niepokalanie Poczętej, Wniebowziętej, wybranej z wielu pokoleń, pełnej łaski, która znalazła łaskę u Boga, tej która zmiażdży głowę węża, Niewiasty obleczonej w słońce z wieńcem z gwiazd dwunastu. Nie przeszył jej już miecz boleści, nie została przez Chrystusa powierzona nam jako Matka, tym samym nie wysłuchuje Ona modlitw wiernych, nie wstawia się za nami przed Swoim Synem jak w Kanie Galilejskiej. Próżno by wymieniać inne piękne określenia, których wiara katolicka używa w zachwycie nad Maryją, a które ustąpiły miejsca oschłym i wyważonym zwrotom rodem z podręczników o. Napiórkowskiego. Wraz ze wszystkimi świętymi i ich rozprawami teologicznymi, cześć do Najświętszej Panny została złożona na ołtarzu posoborowej odnowy. O. Napiórkowski pod pozorem dostosowania mariologii do wymogów aggiornamento nie czyni niczego nowego, jak tylko odważnie odświeża stare, protestanckie herezje. Gdy odrzucimy naukę papieży i świętych o Najświętszej Maryi Pannie, znajdujemy bowiem nieuchronnie sprzymierzeńca w tych, którzy z nieustannego sprzeciwu wobec niej urządzili sobie zasadę swojej wiary.
Cunctas haereses sola interemisti in universo mundo!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



