poniedziałek, 29 stycznia 2007

Katolik - co to właściwie dzisiaj oznacza?

Czy zwróciliście uwagę iż słowo "Katolik" nie posiada już jednego, konkretnego znaczenia? Zauważcie, że przed Drugim Soborem Watykańskim, słowo "Katolik" było jednoznaczne i wszyscy wiedzieli, co dokładnie ono oznacza. Katolikiem nazywano człowieka, który wierzył we wszystko, czego naucza Kościół, bierze udział w niedzielnej Mszy świętej i jest posłuszny Ojcu świętemu i swojemu biskupowi. Oczywiście, i wtedy byli tacy, którzy niezbyt przestrzegali powyższych reguł, ale przynajmniej 99% wierzyło tak samo i w to samo.

Wiele osób, nadal uważających się za Katolików, obecnie odrzuca podstawowe elementy doktryny katolickiej i nauczania moralnego, jak np. nieomylność papieską, Rzeczywistą Obecność Pana Boga w Najświętszym Sakramencie, ofiarny charakter Mszy świętej, Bóstwo Jezusa Chrystusa, jako drugiej Osoby Trójcy Przenajświętszej; albo fakt iż antykoncepcja, aborcja czy homoseksualizm to grzechy śmiertelne, itd.

Poważną konsekwencją tego "fenomenu" jest fakt, iż słowo "Katolik" jest obecnie określeniem nad wyraz wieloznacznym, ma ono różne znaczenie dla różnych osób. Jeśli więc ktoś mówi wam iż "jest Katolikiem", nie będzie głupie spytać się go, aby sprecyzował, do której "odmiany" Katolików się zalicza.

Nie znam wszystkich "rodzajów" czy "odmian" Katolików, ale oto kilka z nich, które przychodzą mi do głowy: Ortodoksi (czyli: wierni nauczaniu Kościoła), tradycjonaliści (czyli: liturgia i Msza św. tylko po łacinie), liberałowie/postępowcy (czyli: kawiarenka "katolicyzm" - dla każdego coś miłego), marksiści, przedsoborowcy, soborowcy, indyferentyści, sedewakantyści (czyli: Pius XII ostatnim legalnym papieżem), lefewryści (członkowie i sympatycy Bractwa św. Piusa X), itd. Co najdziwniejsze - oni wszyscy nazywają się "Katolikami". Ale ich postawę można w pewnym stopniu usprawiedliwić tym, iż od wielu dziesięcioleci władze Kościoła tolerowały i tolerują nadal wszelkie odstępstwa, nieposłuszeństwa i herezje.

Od kiedy w 1965 r. zakończono Drugi Sobór Watykański, w Kościele katolickim panoszy się totalny brak dyscypliny. Każdy robi głównie to, co lubi, a żadna z władz Kościoła nie czyni niczego, aby się temu trendowi przeciwstawić. Nie jestem odosobniony w tym przekonaniu - słyszałem podobne słowa na wykładzie jednego z kardynałów, wygłoszonym w sali hotelowej, 200 jardów od Watykanu. Wśród wielu błędów, jakich dzisiaj swobodnie naucza się na katolickich uniwersytetach i w seminariach, prawdopodobniej najbardziej szkodliwym jest zachęcanie młodych ludzi do stosowania zasad "etyki sytuacyjnej", pewnej odmiany konsekwencjalizmu
(przeciwieństwa pryncypializmu - przyp mój - Dextimus). Jest to moim zdaniem jedna z przyczyn tego iż obecnie mamy tak wielu homoseksualistów wśród duchowieństwa i tak wiele spraw sądowych o molestowanie nieletnich.

W Kościele katolickim przez ostatnie 40 lat możemy zauważyć ziejącą przepaść między tym, czego Kościół naucza i sposobem, w jaki rządzi i jest rządzony. Nauczanie jest z reguły spójne z przeszłością, ale rządy - już nie. Kościół został zaatakowany przez współczesnego ducha demokratyzacji, czego wynikiem jest iż osoby posiadające władzę bardzo niechętnie podejmują jakiekolwiek decyzje lub wydają polecenia, jeśli uprzednio nie otrzymają stosownego zalecenia wyprodukowanego przez jakiś komitet czy komisję.

To nie jest sposób, w jaki działał św. Paweł. Nie wierzycie? Poczytajcie jego listy pasterskie i ostrzeżenia przed fałszywymi nauczycielami. To nie jest sposób, w jaki rządzili bł. Pius IX, Leon XIII, św. Pius X, Pius XI albo Pius XII. To byli szefowie, przełożeni pełną gębą i każdy zdawał sobie z tego sprawę. Moderniści byli ekskomunikowani, a osoby nieposłuszne były karane. Np. pewien kardynał jezuita sprzeciwił się Piusowi XI w latach 20-tych XX wieku i papież odebrał mu czerwony kapelusz i zdegradował go z powrotem do statusu zwykłego kapłana
(mowa zapewne o ks. Ludwiku Billot SJ zmuszonym do rezygnacji w 1927 r. - przyp. mój - Dextimus).

Nie wiem, gdzie leży rozwiązanie powyższego problemu, ale wydaje mi się iż silne i sprawiedliwe sprawowanie władzy papieskiej i biskupiej oraz wymaganie posłuszeństwa i ortodoksji powinno przywrócić sprawom ich właściwe miejsce. Ci, którzy już nie wierzą w to, co Kościół do wierzenia podaje, powinni być zmuszeni do uznania iż już nie są prawdziwie Katolikami i że sprawą elementarnej uczciwości i honoru jest dla nich opuszczenie Kościoła, gdyż Katolikami są jeno z nazwy; w rzeczywistości są protestantami, agnostykami lub kimś jeszcze gorszym.

I wcale nie potrzeba żadnych nowych przepisów i praw. Mamy setki z nich, które nie są wprowadzane w życie, np. obowiązek noszenia odpowiedniego stroju duchownego przez kapłanów i zakonników albo obowiązek wykładu całej nauki katolickiej, jaką możemy znaleźć w katechizmie. Jeśli władze Kościoła choćby zaczną wdrażać swoje własne prawa i wymagać stosowania własnych przepisów, w ciągu kilku lat słowo "Katolik" znowu zacznie znaczyć jedno i każdy będzie wiedział, co ono właściwie oznacza. Powinno to również wyeliminować obecny zamęt w Kościele katolickim.

o. Kenneth Baker SJ
redaktor naczelny
Homiletic & Pastoral Review
Styczeń 2007

niedziela, 28 stycznia 2007

Biskupi jako kościelny gen "p53"

Zaprzyjaźniony serwis msza.net zamieścił świetny tekst diagnozujący obecny stan Kościoła w Polsce. Pozwalamy sobie zamieścić go w całości.

W pewnej bibule FSSPX przeczytałem ongiś tekst bpa Fellay, który koncentrował się wokół tezy: "Kryzys Kościoła jest kryzysem biskupów".

Jest to teza słuszna i prawdziwa.

To biskupi są (powinni być) ikonami, ustami i ramionami Chrystusa - Pana i Głowy Kościoła.
(Kapłani i diakoni to ich pomocnicy i zastępcy do specjalnych poruczeń. Też ważni, bo to w końcu "duchowi lekarze pierwszego kontaktu", ale to biskup - z wyjątkami zastrzeżonymi papieżowi - reprezentuje i uosabia na danym obszarze władzę samego Boga.)

Z medialnych zadym związanych z osobami abpa Milingo, kard. Law'a, bpa Śliwińskiego, abpa Paetza czy abpa Wielgusa pożytek jest taki, że również na sennych, zachmurzonych, nadwiślańskich równinach pojawia się u ludu wiernego świadomość wagi problemu pt. kondycja współczesnego "epidiaskopu".

Powiem tak: do niedawna miałem jeszcze złudzenia, że w konfrontacji ze zdegenerowanym katolicyzmem zachodnioeuropejskim stoimy na mocnym gruncie, jakim są właśnie nasi arcypasterze.

Ostatnie wypadki skłoniły mnie jednak do porzucenia ogólnikowych ocen bytów zbiorowych oraz do przyjrzenia się poszczególnym jednostkom.

Owóż: nie jest wesoło.

Problemata wyróżniłbym następujące:

1) HIBERNATUSI

Fakt, że Kościół zawsze był (i wciąż jest) obrońcą i ostoją prawdziwej człowieczej wolności i godności, polskości i niepodległości, przyzwoitości i cywilizacji, był, powiadam, widoczny szczególnie jaskrawo - bo w kontraście do komunistycznej barbarii.

Społeczny autorytet duchowieństwa był wtedy bodaj najwyższy w całych dziejach Polski. Gdyby nawet duchowni zarzynali i jedli na surowo małe dzieci, a TVP pokazała trasmisję tego horroru na żywo - ludność cywilna jedynie zacmokałaby nad tym, jakież to nowe technologie trickowe orły Kiszczaka z Holyłudu wykradły.

Teraz skończyły się czasy taktownego zamilczania upadków moralnych lub dogmatycznych, przejawów słabości charakteru czy umysłu, czasy nie pokazywania kwitów, wad, przywar i brodawek koło nosa w imię zwartości frontu narodowego oporu.
Teraz prasa musi wykazać się bezkompromisowością i zarobić kaskę, kaskę, kaskę, jeszcze więcej kaski...! Sezon ochronny skończył się bezpowrotnie.

Takie są (smutne) fakty, z którymi po prostu trzeba się liczyć.

2) FRAKCJA GWIAZDORÓW i FRAKCJA PRZEZROCZYSTYCH (nb. nawzajem się nie znoszące)

Czy pojawią się wkrótce anonse "Kupię radio bez Życińskiego?", "Kupię telewizor bez Pieronka?" Jak wytłumaczyć niektórym hierarchom, że noszące wszelkie znamiona nałogu "parcie na szkło", "mikrofonofilia" i pogrążanie się w politycznej bieżączce podrywa autorytet biskupa i – tak! – zwyczajnie zabiera mu bezcenny czas?

Na przeciwnym biegunie są biskupi, których nagłą śmierć albo emigrację (nie obwieszczoną w mediach) diecezjanie zauważyliby chyba dopiero po paru latach.

Nie każdy ma wrodzoną charyzmę, to prawda.

Ale każdy biskup ma, na mocy święceń, charyzmat przewodzenia, rządzenia, nauczania, uświęcania. Jedyne, co musi zrobić, to otworzyć usta i zdawać się (jak najczęściej i jak najmocniej) na obiecaną mu pomoc Ducha Świętego.

Ale aby te usta otworzyć, trzeba jednak wyjść z pełnego miłego ciepełka grajdołka profesorskiego, z niekończących się imienionowo-rocznicowych posiedzeń przy kawusi i likerku, oderwać się na chwilę od wierszopisania, ogrodnictwa, "pobożnej turystyki" itp.

3) SYNDROM MARTY

Nasze odziane w purpurę Marty troszczą się o wiele. O baaaaaardzo wiele.
Podczas gdy jednego tylko trzeba.

Są przecież ludzie, w tym także duchowni niższego szczebla, którzy świetnie sobie poradzą z kurialnymi formalnościami, ze śledzeniem postępów paleontologii, z robieniem prasówek krajowych i zagranicznych, z lokalnymi układami politycznymi, z zadaniami wstęgowo-orderowo-kropidlanymi, z zacieśnianiem multilateralnych stosunków międzynarodowych umęczonej Ojczyzny naszej... itd.

Natomiast biskupa w jego funkcji proroka, świadka wiary, tego, którego słowa burzą i budują, sadzą i wyrywają, do głębi przenikają serca, mózgi, nerki i inne podroby słuchaczy, w funkcji pierwszego i najważniejszego formatora diecezjalnego duchowieństwa, ale też i zwykłych wiernych – nie zastąpi nikt.

4) DUCHOWA ANTYKONCEPCJA / IMPOTENCJA

Część biskupów umiera "bezdzietnie", bez godnych następców tronu.

I tak być musi, jeśli seminarium traktuje się jako technikum katechetyczne, jako szmuglerski prom, którym na brzeg pn. "kapłaństwo" przewozi się cichcem ludzi, którzy nigdy nie powinni się do niego choćby zbliżyć.

Niechby nawet ci nowowyświęcani księża byli niedouczeni, karmieni nie solidną nauką Papieży, Soborów, Ojców i Doktorów, ale tą współczesną, wtórną, przyczynkarską teologią "impresjonistyczną". Trudno.

Ale niechże taki ksiądz będzie duchowo i liturgicznie uformowany tak, żeby Duch Święty mógł w nim i przez niego działać bez znaczących przeszkód. Żeby zawsze znalazło się choć kilkoro ludzi, którzy powiedzą o nim "święty ksiądz".

Seminarium powinno być obozem szkoleniowym duchowych desantowo-szturmowych jednostek specjalnych, a nie miejscem, gdzie się zdobywa upragnioną magisterkę z pedagogiki umożliwiającą zatrudnienie w szkole, a do tego nasiąka się mentalnością kastową, "duchem korporacyjnym", notablowskim zblazowaniem i wiedzą z zakresu technologii wkręcania się na posadki.

Selekcja powinna być staranniejsza, nawet za cenę braków kadrowych. Jeden święty ksiądz "obskakujący" trzy nieobsadzone parafie potrafi zdziałać dla dusz więcej, niż piętnastu letniawych "funkcjonariuszy kultu", którzy przywdziali sutanny z braku lepszego pomysłu na życie.

Pewnie, że w statystykach wygląda to blado. Ni ma chórów, ni ma, panie, oddziałów Caritasu i Akcji Katolickiej, pielgrzymek autokarowych, itp., itd.

Ale za to więcej narodu naprawdę przejmie się Panem Bogiem i samo będzie takiego księdza szukać, choćby był daleko i trzeba było się z nim umawiać na termin, w kolejce stać w każdej sprawie! A na pewno więcej, niż w obecnych, tworzących coraz gęstszą, coraz bardziej rozdrobnioną sieć parafiach – parafiach, których życie znakomicie opisuje monolog Mamonia o polskim filmie z "Rejsu".

Biskup powinien wiedzieć wszystko o postępach każdego z seminarzystów od drugiego roku wzwyż. Powinien się z nimi spotykać, rozmawiać, poznawać, formować, zarażać swoją gorliwością, tworzyć "ducha drużyny", potwierdzać swój autorytet jako człowieka i jako wodza, któremu wkrótce przyrzekną posłuszeństwo. Każdego, kto mi powie, że to przesada, że władyka ma inne, ważniejsze obowiązki, że od czego są prefekci i profesorowie – z miejsca trzepnę w bańkę, słowo daję...!

5) RDZA NA PASTORALE

Pastorał jest to ozdobne, wielozadaniowe urządzenie wspornikowo-zaczepno-odporno-epidemiologiczne, w swej formie wzorowane na lagach bliskowschodnich pasterzy rogacizny.

Taką długą lagą można na dystans nieźle sprać taką czy owaką hienę, wilka, lisa, węża albo złodzieja.

Zaokrąglonym końcem tejże lagi można ze stada umiejętnie wyłuskać i za szyję wyciągnąć owieczkę oparszywiałą, albo też jakieś podejrzane indywiduum w skórę owieczki przebrane.
(ja bym jeszcze dodał, że lagą ową można również wyciągnąć i uratować owieczkę, która zaplątała się w zarośla lub ciernie - Dextimus)
O lagę tę można się od niechcenia oprzeć, albo klepać nią w otwartą dłoń, kiedy się z różnymi wędrownymi indywiduami pertraktuje na temat tempa ich bezzwłocznego oddalenia się od stada.

Lagę ową można wznieść wysoko i użyć jako ruchomego urządzenia sygnalizacyjnego.

Można.
Jeśli się chce.

Tymczasem co powien czas pallotyńscy socjologowie publikują wyniki badań nt. tego w co i jak Polacy wierzą.

Po każdej takiej publikacji uważnie przyglądam się arcypasterskim licom w TV i w naturze. Szukam na nich śladów łez, nieprzespanych nocy, wyczerpania i przekrwienia od pracy nad kolejnymi kazaniami, dekretami ekskomunikującymi, interdyktami dla szerzycieli błędnowierstwa. Szukam nerwowych przykurczów pozostałych po serii gromkich o-pe-erów udzielonych proboszczom i dziekanom.
I nie znajduję.

Widzę pogodne, dobrze odżywione oblicza, widze wypoczęte, błyszczące, ufne oczy, zdające się mówić: nie lękajcie się Pan Jezus jest wszechmocny, sam się o wszystko zatroszczy. Cywilizujmy się, ekumenizujmy, oświecajmy. Unowocześniajmy. Człowiek drogą Kościoła, a nie Kościół drogą człowieka. Wszystko będzie dobrze....

sobota, 27 stycznia 2007

Mantrujmy Panu pieśń nową


Jak informuje dziennik The Hindu, w dniu wczorajszym (26.01.2007), bp Stanley Roman (na zdjęciu), ordynariusz Diecezji Quilon dokonał oficjalnego otwarcia wybudowanego przez diecezjalne stowarzyszenie the Quilon Social Service Society - świątyni - Ośrodka Medytacji "Jagat Jyothi Mandir" w Parimanam, nad brzegiem jeziora Ashtamudi.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt iż ksiądz biskup odprawił Mszę świętą, siedząc w pozycji padmasanam (kwiat lotosu), a z treści artukułu wynika również iż nikt nie widzi nic bluźnierczego w "wysławianiu" Pana Boga przy użyciu wedyjskich mantr typu "Om, Yeshu Christhu ye namah, Om" i tak dalej. Nikt nie widzi nic skandalicznego z faktu sprowadzania Wiary katolickiej do poziomu mantry, czyli magii, czarów, "aktywizacji energetycznej" i tp. głupot.

Przy wejściu do Ośrodka znajduje się figura Jezusa Chrystusa, siedzącego pod drzewem, w pozycji kwiatu lotosu, przypominająca do złudzenia jedno z wcieleń "oświeconego Buddy". Jak napisano w artykule, pozycja siedząca przedstawia oświeconość i symbolizuje postać guru. Figura według gazety miała być wczoraj również pobłogosławiona przez biskupa. Nad nią znaleźć można obraz przedstawiający Ostatnią Wieczerzę - Chrystusa i 12 Apostołów siedzących w pozycji kwiatu lotosu, a przed nimi - rozłożone liście bananowca, na których spoczną chleb i wino. Pomieszczenie rozświetlają dwie "tradycyjne lampy" oliwne kuthuvilakku, zapalane przez hinduistów przed posągami bożków i bogini.

Ściany mandiru (świątyni) udekorowano symbolami "pancha boothas" (pięciu żywiołów - Vayu/powietrze, Akasha/eter, Agni/ogień, Ap/woda, Prithvi/ziemia) oraz czterech ewangelistów. Sufit wymalowano symbolami różnych religii. W rzeczywistości ośrodek ów wygląda jak typowa świątynia hinduistyczna. Wrażenie to potęguje dodatkowo wysoka na 12 stóp kamienna lampa - kalvilakku.

Dyrektor QSSS, ks. Romance Antony (na zdjęciu), za którego przyczyną powstał ów ośrodek twierdzi iż taka inkulturacja jest praktyką zatwierdzoną przez Kościół katolicki. Ośrodek jest pewnym eksperymentem. Religijne symbole hinduskie, takie jak "Om" mają znaczenie uniwersalne i zostały przyjęte do stosowania w kościołach diecezji Quilon ćwierć wieku temu przez poprzedniego biskupa, Hieronima M. Fernandeza.

-------

Cóż dodać. Chyba nic nie trzeba dodawać. Ostrzegamy jeno naszych czytelników iż Diecezja Quilon znajduje się w "pełnej łączności"

-------

Aktualizacja: 27.01.2007 godz. 12:50

Indyjska Agencja Prasowa DNA podała dodatkowo iż mantra "Om, Yeshu Christhu ye namah, Om" jest również wymalowana na jednej z głównych ścian świątyni. Cytuje również dalsze słowa ks. R. Antony: Jest to próba wszczepienia doświadczenia chrześcijańskiego w religijny ethos Indii poprzez ukazanie mieszanki form wyrazu artystycznego zarówno z Zachodu jak i z Indii, aby wlać teologię chrześcijańską w formy indyjskie. Świątynia dostarczy odpowiedniego otoczenia dla medytacji (...) świątynia została również zaprojektowana jako miejsce szerzenia dialogu międzyreligijnego poprzez medytację, modlitwę i spotkania. Przed figurą Chrystusa umieszczono również granitowy głaz, obok którego kapłani będą sprawować Msze święte, siedząc na posadzce. DNA potwierdza również informację iż "zachodnie" lichtarze zostały zastąpione przez oliwne lampy "nilavilakkus", używane w świątyniach hinduistycznych w Kerala.

piątek, 26 stycznia 2007

Nie można być "tak trochę" katolikiem

Prezentujemy dziś jedną z homilii ks. Wojciecha Grzesiaka, kapłana katolickiego Archidiecezji Katowickiej

Spychano religię wprost na margines życia, wszystko urządzano bez niej lub wbrew niej, aż za dni naszych rozpadła się apoteoza areligijnego świata, grzebiąc w nieopisanej katastrofie państwa, narody i samego człowieka. Co nie dopisało? Nie dopisał człowiek, którego od dwu wieków hodowano plecami do Boga. Zarówno wyemancypowany od Stwórcy niemiecki nadczłowiek jak i Europejczyk zachodni, chemicznie z chrześcijaństwa wyprany, objawili się w końcu swej postępowej ewolucji, jako karykatury człowieczeństwa, jako pretensjonalne, a w rzeczywistości zgniłe wiechcie moralne, albo jako dzikie potwory, czyhające na grabież świata, jako asocjalne dzikusy, gotowe rozsadzić społeczeństwo, i międzynarodowe stosunki.

Kochani, to nie słowa fanatycznego katolika, nieokrzesanego fundamentalisty, to słowa mądrego roztropnością i w świecie obytego człowieka, Augusta kard. Hlonda, który już tuż po ustaniu jednego i u zarania drugiego systemu przeczuwał śmiercionośną myśl kryjąca się w ich światopoglądzie. Dlatego wołał, bo takie jego zadanie, wołał bo musiał, bo troska prawdziwa nie pozwalała mu milczeć. Słyszeliśmy dzisiaj w ewangelii jak pewien człowiek upada na kolana przed Chrystusem i pyta o drogę i sens swojego życia. Przed Bogiem na kolanach z pytaniem jak żyć – to nasza droga, to chrześcijańska droga codzienności. Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Wobec tego dylematu staje także człowiek XXI wieku, który szuka ostatecznego sensu swojego istnienia. Szkoda tylko, że ułuda szatańska nie prowadzi już narodów z tym pytaniem do Chrystusa, tylko wyprowadza do szarlatanów, którzy na krzywdzie człowieka ubijają doczesne interesy, zwodząc go hasłami tolerancji, braterstwa, wolności bez Chrystusa, wbrew Świętemu Kościołowi Katolickiemu, chcąc z wszystkich sfer wyrzucać Boga. Tak, są tacy, którzy tego próbują, przekonując ludzi, że to jedyna droga oświeconego Europejczyka. Jednakże nie wiedzą czym to się kończy. Amerykańska dziennikarka katolicka zapytana po zamachach na WTC, gdzie wtedy był Bóg, dlaczego pozwolił zginąć tak wielu ludziom, odpowiedziała: „Jeżeli my od lat mówimy, żeby usunął się z naszych szkół, z naszego rządu, z życia społecznego. To On, Bóg, będąc dżentelmenem wycofuje się. Jakże więc możemy domagać się ochrony od Niego, jeżeli chcemy aby pozostawił nas samych?” Kochani głęboka w tym myśl. U nas też te głosy słychać. Nie modlić się w szkole, nie czytać Biblii, bo tam napisane jest NIE ZABIJAJ, ktoś powie nie karać dzieci klapsem, inny że w szkole nie może być gry autorytetów ale relacje koleżeńskie uczeń – nauczyciel, inny twierdzi, że dziewczyna musi mieć prawo w czasie ciąży dokonać aborcji, gdzie indziej słychać: Radio Maryja to stek bzdur, a telewizje pełna zbrodni, profanacji wartości moralnych, wartości rodziny, zachwytu nad sekciarstwem to chleb codzienny. I my nagle pytamy gdzie to społeczeństwo ma sumienie, my pytamy: jak mógł młody człowiek uczynić taką zbrodnię, my mamy jeszcze czelność pytać Boga dlaczego? Od kard. Hlonda na początku słyszeliśmy „Nie dopisał człowiek, którego od dwu wieków hodowano plecami do Boga” ja dodam i nie dopisze dopóki nie zwróci się twarzą do Niego.. i dopóki nie padnie przed Nim na kolana.
Kochany Bracie i Siostro często w dzisiejszej postmodernistycznej wizji świata człowiek całym sercem oddany Kościołowi Katolickiemu jest napiętnowany. To fanatyk, to fundamentalista, to moherowy beret, nietolerancyjny itd… Czy czasem nie zauważamy w tym podłej roboty złego ducha, który chce zastraszyć nas katolików, abyśmy głośno o naszej wierze nie mówili, abyśmy się publicznie do niej nie przyznawali, abyśmy nie wyrażali swojego stanowiska sprzeciwu kiedy prawo Boże jest łamane, aby media katolickie deprymować jako nie profesjonalne, zaściankowe. I powiedzmy sobie jasno ta mentalność wchodzi w dzisiejszego człowieka. Liberalizm moralny, synkretyzm religijny (wszystkie wyznania chrześcijańskie są równe, ba, wszystkie religie są równe – BZDURA), obojętność religijna. Dlaczego nie lubimy o tym słuchać, dlaczego wolimy kiwnąć ręką kiedy to słyszymy i zaszufladkować mówiącego jako "nawiedzonego"? Obchodzimy dzisiaj dzień papieski, wystarczy posłuchać komercyjnych telewizji, poczytać kilka liberalnych tytułów aby dostrzec, że na Janie Pawle II robią niezły interes. Promują Go jako altruistycznego dziadka, piewcę pokoju, obrońcę tolerancji, herolda społecznej sprawiedliwości, zapominając całkowicie o pierwszorzędnym wymiarze Jego posługi – umacniania braci w wierze jako Namiestnik Pana Naszego Jezusa Chrystusa, 265 Następca Księcia Apostołów św. Piotra, Najwyższy Kapłan Kościoła Katolickiego, Patriarcha Zachodu, Biskup Rzymu, Suwerenny Władca Państwa Watykańskiego i głoszenia Chrystusa i twardych wymogów Jego Ewangelii, szczególnie w sferze moralnej – o tym w żadnym kolorowym dodatku nowinkarskiej prasy nie przeczytamy. Kto stoi za tym stanem rzeczy. Coraz mniej słyszymy prawdy Bożej – katolickiej. Wolimy nie słyszeć o tym, że tylko w Kościele katolickim jest pełnia zbawienia i że kto z własnej woli odrzuca Kościół będzie potępiony. Unikamy słów grzech ciężki, piekło, pokuta, potępienie. Odwracamy się plecami do Boga!!! Tymczasem przed Nim trzeba na kolana! Człowiek z dzisiejszej Ewangelii słysząc Jezusowe wymagania spochmurniał, odszedł zasmucony. Chrystus jednak nie zawoła go tłumacząc, że to jednak nie tak, że nie od razu tyle, że można coś złagodzić. Po prostu postawił wymagania. Ludzie dzisiejsi pragną słyszeć tylko to co im się podoba. Poddają pod krytykę naukę Kościoła, dokumenty papieskie, a kapłanom na parafii i w kancelarii najlepiej by sami pisali co mają mówić, jak komentować o czym pisać, żeby czasem nie powiedzieć, że konkubinat to grzech ciężki zgorszenia publicznego, że nieuczęszczanie na niedzielną Mszę św. to grzech śmiertelny, że zamieszkiwanie chłopaka z dziewczyna przed ślubem to jawnogrzeszność, że poziom naszej podstawowej wiedzy religijnej jest marny (wystarczy mała konfrontacja ze Świadkiem Jehowy i już katolik jest ugotowany ze swoją (nie)znajomością Pisma Św.), że spowiedź dwa razy do roku i tradycyjne odwiedziny świąteczne w kościele to parodia wiary, że homoseksualizm to choroba i grzech, że w ogóle jest jeszcze coś takiego jak grzech, że prócz miłosierdzia, Bóg nadal jest sędzią naszych czynów!!! Nie powinniśmy się bać wyzwań jakie stawia nam Chrystus, wyzwań budowania naszej społeczności, parafialnej, śląskiej, polskiej na fundamentach prawa i sprawiedliwości (to nie żadna aluzja, to cytat z Psalmu 97 „Prawo i Sprawiedliwość podstawą jego tronu”), do budowania na moralnej normalności, zdrowej tolerancji, nazywając zło – złem, dobro – dobrem. Kochani! Polska jest katolicka, katolicka z powołania dziejowego, z krwi, ducha i z tradycji pokoleń, jej odrodzenie religijne powinno polegać na odrodzeniu życia polskiego w duchu katolickim. Nie bójmy się o tym zaświadczyć. To nasza duma. Nie oznacza to ani rządów księży, ani przymusu religijnego, ani uzależnienia polityki Państwa Polskiego od Stolicy Apostolskiej, ani rezygnowania z polskich praw, przymiotów, posłannictw. Odrodzenia w duchu katolickim będzie się na tym zasadzało, że Polak będzie się starał urzeczywistniać w swej duszy i w swym życiu ogłoszone przez Chrystusa Królestwo Boże. Świadomy jestem, powtarzając za Stefanem kard. Wyszyńskim, że prawda wypowiadana w słowie - kosztuje. Tylko za plewy się nie płaci. Za pszeniczne ziarno prawdy - trzeba płacić.

Happy Meal

12.09.2005 w Santiago de Compostella (Hiszpania) odbyło się doroczne spotkanie rolników (coś jak nasze dożynki). Podczas tegoż spotkania ks. Rubén Aramburu odprawił "Mszę świętą", a raczej jakąś jej przerażającą parodię:

Jak widać, w zabawie przy stoliczku udział biorą świeccy

w dodatku płci obojga
jak widać na stole nie ma ani krzyża, ani świec. No bo i po co? Najważniejszy przecież jest mikrofon...
...i młodzież
grzaneczki w koszyczkach czekają na degustację
każdy członek wspólnoty zna swoje miejsce
a to już chyba Komunia święta?
proszę zwrócić uwagę na gustowną miskę (Burek chyba warczał, jak mu ją zabierano)
i jeszcze bardziej gustowne koszyczki...
z Ciałem Pańskim
...komu, komu, bo idę do domu...
...brać, wybierać, degustować...
proszę wziąć chlebek i sobie zamoczyć w winie...
och, Wandziu, a ja taka zmęczona dzisiaj jestem, że chyba się położę...

no, koszyczki opróżnione...
...aczkolwiek zostało sporo niedojedzonych kawałków...
co by tu z nimi zrobić?