Zelżał już szum medialny związany z ogłoszeniem przez Benedykta XVI dokumentu "Summorum Pontificum", który jak grom z jasnego nieba przypomniał wszystkim "ludziom Kościoła" o jego własnej tradycji liturgicznej. Wraz z opublikowaniem papieskiego aktu ucichły jak makiem zasiał wszystkie złośliwe wypowiedzi kardynałów, biskupów i licznych księży pod adresem liturgii rzymskiej. Zapewnienia wypowiadane ze sarkastycznym uśmieszkiem, przed ekranami telewizorów, że problem tradycji liturgicznej Kościoła jest sprawą "grupki lefebrystów", są w stanie powtarzać dzisiaj tylko
wyjątkowi outsaiderzy, nie rozumiejący w ogóle "ducha czasu". Dzisiaj zaś, odrobinę złośliwości zastrzegli sobie ci, którzy przytaczali słowa kard. Józefa Glempa sprzed dziewięciu lat, nazywającego ideę powrotu do liturgii klasycznej, wdrożoną właśnie przez Benedykta XVI - "wegetacją typu sekciarskiego". Doprawdy, dzisiaj do śmiechu jest komu innemu.
Kościół polski, chwytający za czasów Wielkiego Polaka w lot wszystkie instrukcje płynące z Watykanu, żywiąc się wciąż emocjonalnym sentymentem za minionymi latami, nie nadąża za bieżącymi wyzwaniami płynącymi z Rzymu Benedykta XVI. Biskupi polscy, być może dlatego, iż - jak twierdzą tradycjonaliści - trzymali w szufladzie od dawna przygotowany gotowiec na okoliczność opublikowania przez Papieża Motu Proprio, nie byli w stanie wczytać się głębiej w jego treść. Z doniosłego dzieła przywrócenia Kościołowi klasycznego rytu rzymskiego i nadania mu bezprecedensowego miana "rytu nadzwyczajnego", biskupi w swoim
Głosie, "zrobili" mocne potwierdzenie ważności reformy liturgicznej (oczywiście w ślad za Janem Pawłem II) i deklarację, która ma na celu ułatwienie odnalezienia utraconej więzi z jakimiś niedookreślonymi środowiskami. Możemy sobie tylko wyobrazić jak wielka ilość śliny była przełykana w czasie odczytywania ostatniego zdania tekstu, w którym polscy hierarchowie zachęcili wszystkich wiernych do częstego czerpania z duchowego skarbca liturgii Kościoła.
Największą, niezwykle żenującą kompromitację tamtych dni zawdzięczamy bezsprzecznie ks. Krzysztofowi Ołdakowskiemu, znanemu ze swoich telewizyjnych tłumaczeń papieskich modlitw na Anioł Pański, które wypowiada charakterystycznym, dębowym głosem. W programie "
Między Niebem a Ziemią" 8 lipca br. ów jezuita, ośmieszył się kompletnie snując wspomnienia jak to jeden jedyny raz w życiu zetknął się z językiem łacińskim w nowej Mszy. Koncelebrował ją wówczas z Janem Pawłem II i nie był w stanie bez trudności wypowiedzieć przewidzianych w mszale modlitw, co spotkało się z pobłażliwym spojrzeniem Papieża w jego stronę. O kompletnej niewiedzy "dębowego Krzyśka" czym jest liturgia klasyczna, nie warto się rozpisywać. Może się on jednak czuć w pełni usprawiedliwiony. Ogólny stan zakonu jezuitów jest taki jaki jest. Pozostaje mieć nadzieję, że w planach Bożych jego dni są już policzone.
W późniejszych dniach mieliśmy wątpliwą przyjemność przeczytania wypowiedzi innych księży w tonie zapoczątkowanym przez ks. Ołdakowskiego. Wtórowali mu m.in. wykładowca z Seminarium Duchownego w Łowiczu ks. dr
Andrzej Luter, który na łamach dziennika Rzeczpospolita zebrał się na odwagę ukazania wszem i wobec, że jest osobą tak wykształconą, że może się przy tej okazji kompletnie zbłaźnić. Ks. Profesor oświadczył publicznie, miedzy wierszami, że można być doktorem teologii, nie mając zielonego pojęcia o katolickiej liturgii. Dla niego także Msza św. Wszechczasów charakteryzuje się wyłącznie tym, że jest odprawiana "tyłem do ludzi i po łacinie" Te dwa kryteria całkowicie wyczerpują wiedzę Księdza Doktora. Na pytanie czy potrafiłby odprawić Mszę według rytu przedsoborowego, stwierdza on zdecydowanie: "Oczywiście, że tak. Zdarzało mi się odprawiać mszę przy bocznym ołtarzu katedry łowickiej, przy relikwiach świętej Wiktorii. Konstrukcja tego ołtarza w naturalny sposób sprawia, że mszę sprawuje się tyłem do wiernych." Po łacinie? "Skąd, po polsku! Nie jest to zatem ryt przedsoborowy. Natomiast do dziś w seminariach praktykowane są raz w tygodniu tzw. gregorianki, czyli msze odprawiane właśnie po łacinie z towarzyszeniem śpiewu gregoriańskiego, ale przy ołtarzu posoborowym, a zatem również nie w rycie tzw. trydenckim." Jak zatem widać, w Łowiczu robi się bardzo dużo, aby księża mogli odprawiać Mszę trydencką. W seminarium mają tam 1 (słownie: jedną) tygodniowo nową Mszę po łacinie, a w katedrze jest nawet ołtarz, gdzie "Mszę sprawuje się tyłem".
Swoją erudycją liturgiczną w tym samym duchu błysnął też rzecznik prasowy metropolity lubelskiego ks.
Mieczysław Puzewicz, rektor kościoła pw. Ducha Świętego w Lublinie, w którym przez kilka lat odprawiana była trydencka Msza "indultowa". Oprócz tego, że nikt nigdy nie widział jego samego odprawiającego Mszę św. w klasycznym rycie, to dla nikogo nie jest tajemnicą, że lubelscy tradycjonaliści musieli "wyprowadzić się" z kościoła Św. Ducha bynajmniej nie z uwagi na nadmierną gościnność jego gospodarza. Ks. Puzewicza stać na kłamstwo wypowiadane w żywe oczy dla lokalnej gazety. Zapewnia on czytelników: "Każdy z nas [księży] jest przygotowany do odprawienia tradycyjnej mszy. Na studiach wszyscy uczymy się łaciny. Poznajemy też strukturę nabożeństwa w rycie trydenckim". Wierutną bzdurę zawartą w tej wypowiedzi rozpozna każdy kapłan, który kończył formację seminaryjną w ciągu ostatnich 40 lat.
W podobnym duchu co rzecznik lubelski, wypowiada się ks.
Zdzisław Karabowicz, rzecznik kurii metropolitalnej w Białymstoku. W swojej wypowiedzi dla prasy wyraża zdziwienie, że przecież w jednym z kościołów diecezji raz w miesiącu była Msza po łacinie ale nie cieszyła się popularnością, mimo iż regularnie uczestniczyła w niej grupa wiernych.
O ile u wyżej cytowanych księży Msza św. w klasycznym rycie to kwestia pleców księdza i łaciny, to dla proboszcza płockiej fary ks. Janusza Cegłowskiego problem tkwi zasadniczo gdzie indziej. "Z jednej strony ludzie potrzebują odmiany, wytchnienia od pewnej rutyny. Stary, rzadko już używany, ale od wieków kojarzący się z liturgią język stwarza klimat tajemnicy. A ta tajemnica w pewien sposób zbliża do Boga i przypomina, że nie da się go do końca zrozumieć, trzeba go odczuć." Ten pomysłowy ksiądz dostrzega w tym całym zamieszaniu z jednej strony niegroźną, a wręcz wartościową nowinkę, a z drugiej tak potrzebny w dzisiejszych czasach... klimat tajemnicy.
Trzeba przyznać, że są też w polskich kościołach księża prostodusznie otwarci na nowe wyzwania płynące z Rzymu. Ks.
Jan Kozioł, proboszcz parafii świętego Floriana w Stalowej Woli obiecuje, że już wkrótce w jego parafii zostanie odprawiona "Msza po łacinie", gdyż nie będzie już musiał mieć na to zgody biskupa. Na odprawienie takich mszy zgodę dał rzekomo papież Benedykt XVI. Jak informuje regionalna gazeta, Ksiądz Edward Madej, proboszcz bazyliki konkatedralnej w Stalowej Woli uważa, że w razie potrzeby nie powinno być problemów z odprawieniem mszy łacińskiej. Księża w seminariach uczą się łaciny i teraz sobie tylko przypomną tę liturgię. Zresztą będą korzystać z mszału, a tam jest wszystko napisane. Gorzej będzie z wiernymi, którzy nie będą mieli przed sobą tekstu łacińskich modlitw i dialogów. Będą się musieli ich nauczyć. Kto bowiem pamięta, że "Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię twoje”, to po łacinie "Pater noster qui es in caelis, sanctificetur nomen tuum". Próżny trud księdza, nieuważającego na wykładach, których nie było, i który nie wie, że w odwiecznym rycie Mszy św. lud nie wypowiada modlitwy Pater noster.
Kompromitujący trend liturgicznej niewiedzy i ignorancji rozwijają duchowni z Torunia. Na łamach tamtejszej prasy regionalnej ks.
Leszek Lewandowski z parafii pw. Chrystusa Króla mówi, że problem odprawiania Mszy trydenckiej to tylko kwestia przypomnienia jej sobie przez kapłana i wiernych. Ks. Lewandowski z dumą zaznacza, że na katechezach, już od dawna, uczy licealistów łacińskiej wersji „Ojcze nasz”.
Dla o. Grzegorza Dobraczyńskiego sprawa jest prosta. Nasiąknąwszy powtarzanymi od dawna bredniami twierdzi, że Mszą w rycie klasycznym interesują się jedynie ludzie w pewnym wieku, pozostający na pograniczu Kościoła, którzy tęsknią za dawną mszą. "Ta obrzędowość kojarzy im się z utraconym dzieciństwem." Jakże trafnie opis ten odnosi się do Benedykta XVI, który niedawno skończył 80 lat i jest pewnie na pograniczu Kościoła - Kościoła posoborowego, tak bliskiego wszystkim ludziom nienawidzącym katolickiej Tradycji.
Można z pełną odpowiedzialnością podsumować, że dla niemal wszystkich kapłanów, którzy swoją wiedzę czerpią od seminaryjnych doktorów lub kurialnych rzeczników prasowych, Msza trydencka to po prostu nic innego jak lekko zmodyfikowana nowa Msza odprawiana koniecznie tyłem do ludzi, po łacinie i z rygorystycznie wykonywanymi gestami, których w nowym mszale nikt nie bierze pod uwagę. Klimatem swoim dorównywać powinna nabożeństwom Taize, gdzie przecież śpiewa się też w różnych językach i jest fajny, niecodzienny nastrój.
Pomyśleć, że jeszcze niedawno, gdy w Kościele na całym świecie znano kilkanaście rytów Mszy św., to właśnie ów niemal niezmienny ryt Mszy rzymskiej, wywodzący się organicznie z czasów Apostolskich uznawano jednogłośnie za najdoskonalszy i najwspanialszy wyraz wiary chrześcijańskiej. O. Fryderyk Faber, słynny dziewiętnastowieczny konwertyta z protestantyzmu, nazywał Mszę św. w rycie rzymskim "najpiękniejszą rzeczą po tej stronie Nieba". Wybitny liturgista rzymski Johannes Brinktrine (zm. 1965) pisał o niej: "W istocie Msza rzymska nie jest niczym innym jak liturgiczno-symbolicznym przyobleczeniem prawdy. Ośrodek świętego mysterium stanowi przeistoczenie, dokonane za pomocą słów Chrystusa. Dzięki temu poznaniu ukazuje się nam istota tej liturgii mszalnej, którą określamy mianem Matki wszystkich Kościołów." (Msza Święta, Warszawa 1957, s. 258).
Dzisiaj w świadomości większości księży najwspanialsza liturgia Mszy św. po prostu nigdy nie istniała i nie istnieje! Wymazano ją z pamięci i ocenzurowano, powycinano z podręczników. Nic się o niej nie mówi i nic się o niej nie wie. Z panującymi powszechnie poważnymi, publicznymi wypowiedziami na jej temat, rozprawić się może z uśmiechem na ustach byle dziecko, uczestniczące z rodzicami od czasu do czasu w starej liturgii.
Nie trzeba mimo to przypominać, że Msza św. jest przecież sprawą kapłańską. I jeśliby nawet dzieci miały uczyć lub prosić kapłanów, to od nich będzie teraz zależeć, czy Kościołowi przywrócony zostanie pełen blask chwały Bożej, wyrażany w najpiękniejszej formie, jaka jest tylko możliwa, czyli w Mszy św. odprawianej w klasycznym rycie rzymskim. Od nich będzie w głównej mierze zależeć, czy przedstawią go wiernym jako zdrój niezliczonych łask, skarb Kościoła, ukształtowany przez Tradycję pod ożywczym wpływem Ducha Św. Od nich też będzie zależeć - co nie daj Boże - czy z tej wielkodusznej i odważnej decyzji Benedykta XVI zrobią niezrozumiałą, egzotyczną atrakcję.
Żyjemy w czasach, gdy raz zniszczona ciągłość liturgiczna musi mozolnie odradzać się na nowo. Zburzyć można praktycznie wszystko, dowolnymi metodami w bardzo krótkim okresie czasu. Odbudowa, odtwarzanie czegoś na nowo, wymaga zawsze wiele więcej czasu i przemyślanych działań. Nie narzekajmy. Przystąpmy do jeszcze bardziej wzmożonej pracy. Módlmy się także o świętych kapłanów, którzy uszanują wolę Ojca Świętego Benedykta XVI i nie pozwolą, aby jego pragnienie odnowy Kościoła, w które wpisuje się ostatnio wydany dokument, pozostało bez odzewu.