wtorek, 31 lipca 2007

Nowa Ewangelizacja albo śmierć

Młodzież z Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej przeprowadza akcję nowoewangelizacyjną w czasie dni Zielonej Góry - Winobranie 2005. Fotografie pochodzą z archiwum fotograficznego Diecezjalnego Portalu Młodych ddm.org.pl

Grupa wisielców nie przebiera w niekonwencjonalnych metodach. Szok i mocne uderzenie pozwalają być zauważonym.

Piękne nóżki w pończoszkach, na tle reklamy browaru, zachęcają do Nowej Ewangelizacji.

Jak głosi notka na stronie internetowej, skąd pochodzą zdjęcia, DDM to Serwis Diecezjalnego Duszpasterstwo Młodzieży. Jesteśmy więc bezpośrednio podporządkowani pod Diecezjalną Kurię Biskupią. Piastujemy stanowisko odpowiedzialne i ważne w skali diecezji. Powierzono je nam jako ludziom odpowiedzialnym i pragniemy aby jako takich nas postrzegano.

Zobacz też: Erotic-sacro-nowela w Łodzi

Msza błazeńska

Kolejne zdjęcia z mszy błazeńskiej, odprawianej w szwajcarskiej miejscowości Loda.





Foto za stronami źródłowymi.

poniedziałek, 30 lipca 2007

چP o. Bohdan Kruk OFMCap.

Z głębokim smutkiem informuję iż dziś rano po długiej i ciężkiej chorobie nowotworowej i po wielu cierpieniach nieodmiennie ofiarowanych duszom czyśćcowym, w klasztorze OO Kapucynów w Leibnitz (Austria) odszedł po wieczną nagrodę do Pana ojciec Bohdan Edwin Kruk, niezłomny kapłan katolicki. Ojciec Bohdan przygotowywał mnie 28 lat temu do przyjęcia po raz pierwszy Komunii świętej. Dzięki Niemu w 1979 r. przyjąłem Ciało Chrystusa po raz pierwszy nie na stojąco i nie na rękę, tylko klęcząc u stóp przepięknego ołtarza głównego w kościele pw. Podwyższenia Krzyża świętego w Bytomiu. Ojciec Bogdan zawsze miał czas dla powierzonych sobie wiernych. Sporo czasu spędzał w swoim ulubionym "miejscu pracy" - konfesjonale. Podczas prywatnych spotkań nie stronił nigdy od wyrażania swojego zdania na aktualne tematy społeczno polityczne. Jego wizyty kolędowe rzadko kiedy ograniczały się do kilku minut. Był urodzonym erudytą. Interesował się nowinkami z dziedziny biologii, medycyny, fizyki i astronomii. Dziś z lektury teczek SB udostępnionych przez IPN wynika iż regularnie go obserwowano i zbierano na niego materiały do późniejszego wykorzystania. Niestety, do grona "zbieraczy" należeli również niektórzy z Jego współbraci, z którymi zasiadał każdego dnia do wspólnych posiłków w domu zakonnym przy bytomskiej parafii. Na starość wyjechał do Austrii, najpierw do Wiener-Neustadt, potem do Wolfsbergu, aż na koniec osiadł w Leibnitz, u słoweńskiej granicy. Dwa lata temu widzieliśmy się po raz ostatni, gdy odwiedziłem go podczas wyjazdu wakacyjnego na południe Europy. Wyniszczony chorobą krwi, leżąc na swoim łóżku udzielił mi po raz ostatni swego kapłańskiego błogosławieństwa.

Deus, qui inter apostolicos Sacerdotes famulum tuum Bohdanum sacerdotali fecisti dignitate vigere, præsta, quæsumus; ut eo quoque perpetuo aggregentur consortio. Per Christum, Dominum nostrum, Amen.

Boże, któryś dozwolił słudze swemu Bohdanowi na równi z kapłanami apostolskimi piastować godność kapłańską, spraw to, prosimy, aby i on do obcowania wiekuistego z apostołami był dopuszczony. Przez Chrystusa, Pana naszego, Amen.

Komunia święta przyjmowana na klęcząco = zły przykład dla wiernych

Na zaprzyjaźnionym Forum Fronda można przeczytać ciekawe wypowiedzi ministrantów:

Teofil pisze:
Dziś zostałem kulturalnie a publicznie zbesztany, że jako ministrant przyjmuję Komunię Świętą klęcząc, przez co daję zły przykład wiernym. "Starym babkom" - jak to ujął ksiądz - można wybaczyć, ale służba liturgiczna ma się dostosować do zarządzenia Arcybiskupa Głódzia.

Zaś Krzysztof komentuje to słowami:
U nas ministranci nie mogą na klęcząco przyjmować Komunii. Kiedyś zostałem zbesztany za klęczenie po przyjęciu Komunii, albowiem: (1) rozbijam wspólnotę (ministrantom nie wolno klęczeć po Komunii!) i (2) (teraz najlepsze - szczęka mi opadła do samej ziemi) gorszę swoją postawą młodszych ministrantów.

Czy kapłani i biskupi wydające takie absurdalne i żenujące zarządzenia - jeszcze wierzą w substancjalną Obecność Pana Boga w Najświętszym Sakramencie?

Może Diecezja Warszawsko-Praska zamiast zajmować się duperelami, zajęłaby się wdrażaniem przepisów zaaprobowanej przez چP Jana Pawła II Instrukcji Redemptionis Sacramentum, w szczególności N.91, w którym czytamy:

...nie wolno odmawiać Komunii świętej nikomu z wiernych, tylko dlatego, że na przykład chce ją przyjąć na klęcząco...

Aż wstyd, że trzeba takie truizmy przypominać. W dodatku purpuratom w rzekomo katolickim kraju... Ofiarujmy dziś wieczorem dziesiątkę różańca w intencji uświęcenia Duchowieństwa tejże diecezji.

niedziela, 29 lipca 2007

Z cyklu: absurdy NOM -...i wam, bracia I SIOSTRY...

Jak powszechnie wiadomo - w polskiej edycji NOM-u, słowa spowiedzi powszechnej et vobis, fratres zostały "wiernie" przetłumaczone jako i wam, bracia I SIOSTRY. Dwaj tłumacze (a raczej tłumoki - jeden tłumaczył, drugi zatwierdził), którzy dopuścili tego bubla do użytkowania najprawdopodobniej uczynili to w ramach postępowo-socjalistycznego "równouprawnienia". Ale nie rozumiemy, dlaczego tej wersji używa się również podczas sprawowanych w zakonach Mszy świętych konwentualnych, podczas których żadnych "sióstr" nigdy NIE BYŁO, NIE MA i NIE BĘDZIE. Ktoś zna odpowiedź na to nurtujące nas pytanie?

sobota, 28 lipca 2007

Czym się różnią Benedyktynki...

Katolickie "zacofane" - z Polski



od

Posoborowych "wyzwolonych" - z Yankton, USA?



Chyba wszystkim.

Ja konsekruję hostię, a ty se możesz co najwyżej pokonsekrować kwiatki

Czyli: francuski diakon w natarciu :-) (Parafia św. Marcela w Diois, Francja)

być bliżej Nieba...

...pod takim hasłem seminarium archidiecezjalne w Moguncji (Niemcy) wydało ulotki "rekrutacyjne" (opracowane przez agencję reklamową SENSUM) skierowane do młodych mężczyzn.

Jak widać, według Kurii Metropolitalnej w Moguncji, kapłaństwo to:
- przygoda
- fascynacja
- naśladowanie
- przydział pracy



Na dalszych stronach ulotka przedstawia różne aspekty życia seminaryjnego i kapłańskiego takie, jak studia, wspólne medytacje, górskie wędrówki, grę w piłkę nożną, żonglowanie piłeczkami, opiekę nad chorymi...

Tylko o uczestnictwie i sprawowaniu Najświętszej Ofiary Ołtarza ulotka jakoś milczy...

Nasza rada dla potencjalnych kandydatów do kapłaństwa: Poszukajcie sobie lepiej jakiegoś normalnego, tradycyjnego seminarium. Jeśli chcecie zostać instruktorami kulturalno-oświatowymi albo psychologami klinicznymi, to wystarczy skończyć świeckie studia. Nie trzeba kończyć seminarium.

Miejski Ośrodek Socjalny w Bostonie

Prowadzony przez zakon ojców jezuitów kościół parafialny pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia NMP w Bostonie w każdy ostatni wtorek miesiąca zmienia się w darmową jadłodajnię dla "parafian" chorych na HIV/AIDS, w większości przypadków praktykujących homoseksualistów. Ciekawe, czy organizują w nim też potańcówki?

Posoborowe Monstr(um)ancje

Kaplica Sióstr Franciszkanek od Najświętszej Eucharystii (Pocatello, USA)

Tabernakulum wykonane ze złączek kanalizacyjnych


Monstrancja ze starego zaworu


kamienny ołtarz pokryty taflą szkła


-------------

Monstrancja (z kościoła św. Anny w Las Vegas)



-------------

Monstrancja "oko Saurona", do nabycia w zakładzie św. Józefa



-------------

Monstrancja ku czci treblinek ćwierćcalowych do kombajnu



piątek, 27 lipca 2007

Wbrew wszystkim przeciwnościom

Zelżał już szum medialny związany z ogłoszeniem przez Benedykta XVI dokumentu "Summorum Pontificum", który jak grom z jasnego nieba przypomniał wszystkim "ludziom Kościoła" o jego własnej tradycji liturgicznej. Wraz z opublikowaniem papieskiego aktu ucichły jak makiem zasiał wszystkie złośliwe wypowiedzi kardynałów, biskupów i licznych księży pod adresem liturgii rzymskiej. Zapewnienia wypowiadane ze sarkastycznym uśmieszkiem, przed ekranami telewizorów, że problem tradycji liturgicznej Kościoła jest sprawą "grupki lefebrystów", są w stanie powtarzać dzisiaj tylko wyjątkowi outsaiderzy, nie rozumiejący w ogóle "ducha czasu". Dzisiaj zaś, odrobinę złośliwości zastrzegli sobie ci, którzy przytaczali słowa kard. Józefa Glempa sprzed dziewięciu lat, nazywającego ideę powrotu do liturgii klasycznej, wdrożoną właśnie przez Benedykta XVI - "wegetacją typu sekciarskiego". Doprawdy, dzisiaj do śmiechu jest komu innemu.

Kościół polski, chwytający za czasów Wielkiego Polaka w lot wszystkie instrukcje płynące z Watykanu, żywiąc się wciąż emocjonalnym sentymentem za minionymi latami, nie nadąża za bieżącymi wyzwaniami płynącymi z Rzymu Benedykta XVI. Biskupi polscy, być może dlatego, iż - jak twierdzą tradycjonaliści - trzymali w szufladzie od dawna przygotowany gotowiec na okoliczność opublikowania przez Papieża Motu Proprio, nie byli w stanie wczytać się głębiej w jego treść. Z doniosłego dzieła przywrócenia Kościołowi klasycznego rytu rzymskiego i nadania mu bezprecedensowego miana "rytu nadzwyczajnego", biskupi w swoim Głosie, "zrobili" mocne potwierdzenie ważności reformy liturgicznej (oczywiście w ślad za Janem Pawłem II) i deklarację, która ma na celu ułatwienie odnalezienia utraconej więzi z jakimiś niedookreślonymi środowiskami. Możemy sobie tylko wyobrazić jak wielka ilość śliny była przełykana w czasie odczytywania ostatniego zdania tekstu, w którym polscy hierarchowie zachęcili wszystkich wiernych do częstego czerpania z duchowego skarbca liturgii Kościoła.

Największą, niezwykle żenującą kompromitację tamtych dni zawdzięczamy bezsprzecznie ks. Krzysztofowi Ołdakowskiemu, znanemu ze swoich telewizyjnych tłumaczeń papieskich modlitw na Anioł Pański, które wypowiada charakterystycznym, dębowym głosem. W programie "Między Niebem a Ziemią" 8 lipca br. ów jezuita, ośmieszył się kompletnie snując wspomnienia jak to jeden jedyny raz w życiu zetknął się z językiem łacińskim w nowej Mszy. Koncelebrował ją wówczas z Janem Pawłem II i nie był w stanie bez trudności wypowiedzieć przewidzianych w mszale modlitw, co spotkało się z pobłażliwym spojrzeniem Papieża w jego stronę. O kompletnej niewiedzy "dębowego Krzyśka" czym jest liturgia klasyczna, nie warto się rozpisywać. Może się on jednak czuć w pełni usprawiedliwiony. Ogólny stan zakonu jezuitów jest taki jaki jest. Pozostaje mieć nadzieję, że w planach Bożych jego dni są już policzone.

W późniejszych dniach mieliśmy wątpliwą przyjemność przeczytania wypowiedzi innych księży w tonie zapoczątkowanym przez ks. Ołdakowskiego. Wtórowali mu m.in. wykładowca z Seminarium Duchownego w Łowiczu ks. dr Andrzej Luter, który na łamach dziennika Rzeczpospolita zebrał się na odwagę ukazania wszem i wobec, że jest osobą tak wykształconą, że może się przy tej okazji kompletnie zbłaźnić. Ks. Profesor oświadczył publicznie, miedzy wierszami, że można być doktorem teologii, nie mając zielonego pojęcia o katolickiej liturgii. Dla niego także Msza św. Wszechczasów charakteryzuje się wyłącznie tym, że jest odprawiana "tyłem do ludzi i po łacinie" Te dwa kryteria całkowicie wyczerpują wiedzę Księdza Doktora. Na pytanie czy potrafiłby odprawić Mszę według rytu przedsoborowego, stwierdza on zdecydowanie: "Oczywiście, że tak. Zdarzało mi się odprawiać mszę przy bocznym ołtarzu katedry łowickiej, przy relikwiach świętej Wiktorii. Konstrukcja tego ołtarza w naturalny sposób sprawia, że mszę sprawuje się tyłem do wiernych." Po łacinie? "Skąd, po polsku! Nie jest to zatem ryt przedsoborowy. Natomiast do dziś w seminariach praktykowane są raz w tygodniu tzw. gregorianki, czyli msze odprawiane właśnie po łacinie z towarzyszeniem śpiewu gregoriańskiego, ale przy ołtarzu posoborowym, a zatem również nie w rycie tzw. trydenckim." Jak zatem widać, w Łowiczu robi się bardzo dużo, aby księża mogli odprawiać Mszę trydencką. W seminarium mają tam 1 (słownie: jedną) tygodniowo nową Mszę po łacinie, a w katedrze jest nawet ołtarz, gdzie "Mszę sprawuje się tyłem".

Swoją erudycją liturgiczną w tym samym duchu błysnął też rzecznik prasowy metropolity lubelskiego ks. Mieczysław Puzewicz, rektor kościoła pw. Ducha Świętego w Lublinie, w którym przez kilka lat odprawiana była trydencka Msza "indultowa". Oprócz tego, że nikt nigdy nie widział jego samego odprawiającego Mszę św. w klasycznym rycie, to dla nikogo nie jest tajemnicą, że lubelscy tradycjonaliści musieli "wyprowadzić się" z kościoła Św. Ducha bynajmniej nie z uwagi na nadmierną gościnność jego gospodarza. Ks. Puzewicza stać na kłamstwo wypowiadane w żywe oczy dla lokalnej gazety. Zapewnia on czytelników: "Każdy z nas [księży] jest przygotowany do odprawienia tradycyjnej mszy. Na studiach wszyscy uczymy się łaciny. Poznajemy też strukturę nabożeństwa w rycie trydenckim". Wierutną bzdurę zawartą w tej wypowiedzi rozpozna każdy kapłan, który kończył formację seminaryjną w ciągu ostatnich 40 lat.

W podobnym duchu co rzecznik lubelski, wypowiada się ks. Zdzisław Karabowicz, rzecznik kurii metropolitalnej w Białymstoku. W swojej wypowiedzi dla prasy wyraża zdziwienie, że przecież w jednym z kościołów diecezji raz w miesiącu była Msza po łacinie ale nie cieszyła się popularnością, mimo iż regularnie uczestniczyła w niej grupa wiernych.

O ile u wyżej cytowanych księży Msza św. w klasycznym rycie to kwestia pleców księdza i łaciny, to dla proboszcza płockiej fary ks. Janusza Cegłowskiego problem tkwi zasadniczo gdzie indziej. "Z jednej strony ludzie potrzebują odmiany, wytchnienia od pewnej rutyny. Stary, rzadko już używany, ale od wieków kojarzący się z liturgią język stwarza klimat tajemnicy. A ta tajemnica w pewien sposób zbliża do Boga i przypomina, że nie da się go do końca zrozumieć, trzeba go odczuć." Ten pomysłowy ksiądz dostrzega w tym całym zamieszaniu z jednej strony niegroźną, a wręcz wartościową nowinkę, a z drugiej tak potrzebny w dzisiejszych czasach... klimat tajemnicy.

Trzeba przyznać, że są też w polskich kościołach księża prostodusznie otwarci na nowe wyzwania płynące z Rzymu. Ks. Jan Kozioł, proboszcz parafii świętego Floriana w Stalowej Woli obiecuje, że już wkrótce w jego parafii zostanie odprawiona "Msza po łacinie", gdyż nie będzie już musiał mieć na to zgody biskupa. Na odprawienie takich mszy zgodę dał rzekomo papież Benedykt XVI. Jak informuje regionalna gazeta, Ksiądz Edward Madej, proboszcz bazyliki konkatedralnej w Stalowej Woli uważa, że w razie potrzeby nie powinno być problemów z odprawieniem mszy łacińskiej. Księża w seminariach uczą się łaciny i teraz sobie tylko przypomną tę liturgię. Zresztą będą korzystać z mszału, a tam jest wszystko napisane. Gorzej będzie z wiernymi, którzy nie będą mieli przed sobą tekstu łacińskich modlitw i dialogów. Będą się musieli ich nauczyć. Kto bowiem pamięta, że "Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię twoje”, to po łacinie "Pater noster qui es in caelis, sanctificetur nomen tuum". Próżny trud księdza, nieuważającego na wykładach, których nie było, i który nie wie, że w odwiecznym rycie Mszy św. lud nie wypowiada modlitwy Pater noster.

Kompromitujący trend liturgicznej niewiedzy i ignorancji rozwijają duchowni z Torunia. Na łamach tamtejszej prasy regionalnej ks. Leszek Lewandowski z parafii pw. Chrystusa Króla mówi, że problem odprawiania Mszy trydenckiej to tylko kwestia przypomnienia jej sobie przez kapłana i wiernych. Ks. Lewandowski z dumą zaznacza, że na katechezach, już od dawna, uczy licealistów łacińskiej wersji „Ojcze nasz”.

Dla o. Grzegorza Dobraczyńskiego sprawa jest prosta. Nasiąknąwszy powtarzanymi od dawna bredniami twierdzi, że Mszą w rycie klasycznym interesują się jedynie ludzie w pewnym wieku, pozostający na pograniczu Kościoła, którzy tęsknią za dawną mszą. "Ta obrzędowość kojarzy im się z utraconym dzieciństwem." Jakże trafnie opis ten odnosi się do Benedykta XVI, który niedawno skończył 80 lat i jest pewnie na pograniczu Kościoła - Kościoła posoborowego, tak bliskiego wszystkim ludziom nienawidzącym katolickiej Tradycji.

Można z pełną odpowiedzialnością podsumować, że dla niemal wszystkich kapłanów, którzy swoją wiedzę czerpią od seminaryjnych doktorów lub kurialnych rzeczników prasowych, Msza trydencka to po prostu nic innego jak lekko zmodyfikowana nowa Msza odprawiana koniecznie tyłem do ludzi, po łacinie i z rygorystycznie wykonywanymi gestami, których w nowym mszale nikt nie bierze pod uwagę. Klimatem swoim dorównywać powinna nabożeństwom Taize, gdzie przecież śpiewa się też w różnych językach i jest fajny, niecodzienny nastrój.

Pomyśleć, że jeszcze niedawno, gdy w Kościele na całym świecie znano kilkanaście rytów Mszy św., to właśnie ów niemal niezmienny ryt Mszy rzymskiej, wywodzący się organicznie z czasów Apostolskich uznawano jednogłośnie za najdoskonalszy i najwspanialszy wyraz wiary chrześcijańskiej. O. Fryderyk Faber, słynny dziewiętnastowieczny konwertyta z protestantyzmu, nazywał Mszę św. w rycie rzymskim "najpiękniejszą rzeczą po tej stronie Nieba". Wybitny liturgista rzymski Johannes Brinktrine (zm. 1965) pisał o niej: "W istocie Msza rzymska nie jest niczym innym jak liturgiczno-symbolicznym przyobleczeniem prawdy. Ośrodek świętego mysterium stanowi przeistoczenie, dokonane za pomocą słów Chrystusa. Dzięki temu poznaniu ukazuje się nam istota tej liturgii mszalnej, którą określamy mianem Matki wszystkich Kościołów." (Msza Święta, Warszawa 1957, s. 258).

Dzisiaj w świadomości większości księży najwspanialsza liturgia Mszy św. po prostu nigdy nie istniała i nie istnieje! Wymazano ją z pamięci i ocenzurowano, powycinano z podręczników. Nic się o niej nie mówi i nic się o niej nie wie. Z panującymi powszechnie poważnymi, publicznymi wypowiedziami na jej temat, rozprawić się może z uśmiechem na ustach byle dziecko, uczestniczące z rodzicami od czasu do czasu w starej liturgii.

Nie trzeba mimo to przypominać, że Msza św. jest przecież sprawą kapłańską. I jeśliby nawet dzieci miały uczyć lub prosić kapłanów, to od nich będzie teraz zależeć, czy Kościołowi przywrócony zostanie pełen blask chwały Bożej, wyrażany w najpiękniejszej formie, jaka jest tylko możliwa, czyli w Mszy św. odprawianej w klasycznym rycie rzymskim. Od nich będzie w głównej mierze zależeć, czy przedstawią go wiernym jako zdrój niezliczonych łask, skarb Kościoła, ukształtowany przez Tradycję pod ożywczym wpływem Ducha Św. Od nich też będzie zależeć - co nie daj Boże - czy z tej wielkodusznej i odważnej decyzji Benedykta XVI zrobią niezrozumiałą, egzotyczną atrakcję.

Żyjemy w czasach, gdy raz zniszczona ciągłość liturgiczna musi mozolnie odradzać się na nowo. Zburzyć można praktycznie wszystko, dowolnymi metodami w bardzo krótkim okresie czasu. Odbudowa, odtwarzanie czegoś na nowo, wymaga zawsze wiele więcej czasu i przemyślanych działań. Nie narzekajmy. Przystąpmy do jeszcze bardziej wzmożonej pracy. Módlmy się także o świętych kapłanów, którzy uszanują wolę Ojca Świętego Benedykta XVI i nie pozwolą, aby jego pragnienie odnowy Kościoła, w które wpisuje się ostatnio wydany dokument, pozostało bez odzewu.

wtorek, 17 lipca 2007

Rozpoczynamy walkę o indult na Novus Ordo Missae

Msza św. w klasycznym rycie rzymskim nosi charakter swoistej totalności, niezmierzone łaski przemieniają i uzależniają każdego, kto z miłością zakosztował jej piękna. Dotyczy to zarówno kapłanów jak i wiernych. Dlatego jakiekolwiek wymienne uczestnictwo przez nich we Mszy odprawianej w kierunku krzyża i po cichu, jak też we Mszy odprawianej oko w oko z wiernymi i głośno do mikrofonu, jest w zasadzie wykluczone. Wszelkie obawy radykalnych zwolenników nowinkarstwa znajdują tu pełne uzasadnienie. Nie może być zgody między jednym a drugim. To, czym przenikają osoby odmienione cudownością Ofiary spełnionej w czasie Mszy św. w rycie wszystkich nowożytnych świętych, stanowi naturalną przeszkodę w zaszeregowaniu ich obok innych ruchów posoborowej odnowy. Faktycznym wyzwaniem orędowników katolickiej, tradycyjnej liturgii musi być więc walka o jej wyłączność, o totalne wyrugowanie wszystkich kulawych tworów liturgicznych z lat 60-tych XX wieku. Msza św. w klasycznym rycie rzymskim nie zna tolerancji dla innych liturgii zachodnich, oprócz owej dwustuletniej przewidzianej przez św. Piusa V w bulli Quo Primum.

Roszczenie do bezwzględnego panowania liturgii trydenckiej idzie niejako w parze z bezwzględną nieczułością współczesnego pokolenia na wrażliwość niesioną przez tą liturgię. Można śmiało powiedzieć, że pokolenie urodzone między rokiem 1950 a rokiem 2000 jest pokoleniem liturgicznie straconym. Uczestnicząc we Mszy, w której ksiądz stoi twarzą w twarz z osobami z pierwszych ławek, Mszy odprawianej w języku, którym mówi targowisko, przedstawiciel tego pokolenia nabiera przedziwnego przekonania, że tak było od zawsze.

Brzmi to niewiarygodne, ale przez ostatnie 50 lat na wiedzę o tradycji liturgii katolickiej nałożono swoiste embargo – bezwyjątkowy zakaz nauczania, mówienia, czy wspominania jej w pozytywnych barwach. Efektem tego jest dzisiejsze kompletne zakłopotanie i niezrozumienie, gdy chodzi o ten ryt, okazywane ze strony biskupów, księży, aktywistów ruchów posoborowych i zwykłych wiernych, wychowanych na Mszy tyłem do tabernakulum i w języku pospolitym. Przerażające są zwłaszcza słowa usłyszane od posoborowych autorytetów liturgicznych, piastujących nierzadko katedry liturgiki na uczelniach i w seminariach duchownych. Przewaga Mszy odprawianej od ambonki i z konferansjerką jest przez nich ukazywana zazwyczaj w kryteriach łatwości, szybkości, praktyczności, dowolności form, sprzeciwiających się nudzie elementów rozrywkowych i jakże ułatwiającej życie koncelebry.

Mylą się więc ci, którzy sądzą, że gest Benedykta XVI zadowala w pełni wszystkich katolików wrażliwych na Tradycję. Nie można odmówić racji stwierdzeniu, że zgoda na celebrację Mszy św. w rycie zakorzenionym w IV-V wieku stanowi bezprecedensowy przełom w historii posoborowego pędu do zniszczenia wszelkich związków Kościoła z tradycją. Jednak sama zgoda, owa tolerancja „specjalnego rytu” wobec „rytu zwyczajnego”, to zaledwie plan minimum w dziele odrodzenia Kościoła. Plan maximum polega na odwróceniu tych proporcji.

czwartek, 12 lipca 2007

jogadoracja

W lipcowym numerze Angelusa znajdziemy ciekawy artykuł poświęcony działalności Bractwa św. Piusa X w Indiach oraz garść "nowinek" z frontu postępu inkulturacji w indyjskim Kościele posoborowym. Na "zachętę" przedstawiamy monstrancję z pozłacanej blachy umocowanej do kawałka dykty w kształcie Jezusa Chrystusa uprawiającego jogę.

Mszę można już odprawiać w językach tzeltal, tzotzil, rarámuri i maja

Tą dobrą wiadomością dzieli się ze swoimi słuchaczami Radio Watykańskie: Stolica Apostolska zezwoliła na celebrowanie Eucharystii w językach tzeltal i tzotzil używanych przez meksykańskich Indian z południowego stanu Chiapas. Poinformował o tym bp Felipe Arizmendi Esquivel, który kieruje diecezją San Cristóbal de las Casas, gdzie zamieszkuje najwięcej ludności tubylczej. Poprzednio Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zaaprobowała tłumaczenia tekstów liturgicznych na dwa inne indiańskie języki: rarámuri używany w północnym stanie Chihuahua oraz maja, którym mówią rdzenni mieszkańcy Jukatanu.

pozytywne zakończenie czyli większa świadomość i odpowiedzialność religijna

Jak donosi serwis KAI, w Sądzie Metropolitalnym Warszawskim obecnie rozpatrywanych jest ok. 2 tys. spraw o orzeczenie nieważności małżeństwa. Zdaniem oficjała Sądu, ks. Stefana Kośnika, ten rok jest rekordowy pod względem liczby wydawanych wyroków. Od stycznie do czerwca tylko jeden zespół sędziów wydał już 270 orzeczeń - zaś takich zespołów sędziowskich jest kilka. Dla porównania w latach ubiegłych w ciągu roku ogółem wydawano ok. 700 orzeczeń o nieważności zawartego małżeństwa.

Obawiamy się, że nadchodzący rok 2008 również będzie pod tym względem "rekordowy", a kolejny rok 2009 nasi kurialni stachanowcy zakończą pobiciem kolejnego rekordu. Jeszcze w 2002 r. ks. Kośnik pisał iż w całym kraju sądy kościelne rozpatrują ok. 1200 takich spraw. Minęło 5 lat i mamy 2000 tylko w jednej metropolii. Nieźle...

Ks. Stefan Kośnik mówi dalej: Jestem przekonany, że wzrost liczby pozwów w sądach kościelnych jest wynikiem większej świadomości i odpowiedzialności religijnej wśród wiernych. Jego zdaniem, osoby starające się o orzeczenie nieważności małżeństwa, w zasadzie niczego nie zyskują w zakresie materialnym. Przyznaje, że mogą być przypadki, gdy osoba wnosząca skargę do sądu kościelnego została w pewien sposób zobligowana przez nowego partnera, jednak przypadki - gdy orzeczenie uzyskuje się w oparciu o fałsz i kłamstwa - jeszcze bardziej obciążają jej sumienie, a także sumienie świadków, którzy pod przysięgą religijną zeznają nieprawdę.

Ks. Kośnik zauważa, że początkowo, tuż po wojnie, sądy kościelne zajmowały się głównie wydawaniem orzeczeń o domniemanej śmierci współmałżonka, który zaginął w czasie działań wojennych. W latach 60. najczęstszym powodem składania wniosków o orzeczenie iż małżeństwo zostało nieważnie zawarte był przymus i bojaźń. - Kobiety bez wykształcenia, wychowywane na wsi, bez zawodu, uzależnione od rodziców i nie przygotowane do samodzielnego życia musiały się zgodzić na wyjście za mąż za człowieka, do którego odczuwały niechęć, a może nawet nienawiść. Zawierały małżeństwo wbrew swej woli, pod przymusem. Takie małżeństwa były zawierane nieważnie.

Stopniowo, z biegiem lat coraz częściej powodem wnoszenia spraw do sądu kościelnego była symulacja zgody małżeńskiej - gdy np. ktoś w ogóle nie chciał zawierać małżeństwa kościelnego, postanowił przed ślubem, że nie będzie miał dzieci, czy też nie uznawał, że małżeństwo jest to sakrament, związek dozgonny, w którym obowiązuje wierność małżeńska.

W ostatnich zaś latach większość spraw wnoszona jest z tytułu niezdolności do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich z przyczyn natury psychicznej. Nie chodzi tu o chorobę psychiczną jednego ze współmałżonków, tylko o jego zachwianą osobowość, charakter, niedojrzałość emocjonalną itp. Ktoś taki, nawet jeśli ma dobre intencje i chęci, nie jest w stanie stworzyć wspólnoty życia małżeńskiego z powodu swojej psychiki, czy różnych uzależnień.

W tych przypadkach dużą rolę odgrywają psycholodzy, psychiatrzy, którzy badają osoby występujące o orzeczenie i wydają opinię o tym, czy dana osoba w chwili zawierania małżeństwa była zdolna do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich.

Bardzo rzadko, wręcz sporadycznie, wnoszone są pozwy do sądów kościelnych przez małżonków, którzy jeszcze nie mają rozwodu ani nie wstąpili w inne związki. Najczęściej do sądu kościelnego zgłaszają się osoby, które żyją już w nowych, cywilnych związkach i chcą uregulować swoje życie zgodnie z nauką Kościoła.

Sąd Metropolitalny Warszawski obejmuje jako I instancja archidiecezję warszawską i diecezję warszawsko-praską oraz ordynariat polowy Wojska Polskiego. Pracuje tu ponad 30 osób. Jest sądem II instancji dla Lublina, Poznania, Łodzi, Płocka i Radomia. Przy sądzie znajduje się poradnia prawna, w której można się dowiedzieć, czy dany przypadek ma szanse na pozytywne zakończenie. Każdy przypadek jest rozpatrywany indywidualnie.


Czy ktoś może nam wytłumaczyć jakim cudem osoba "niezdolna do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich z przyczyn natury psychicznej" porzuca swojego dotychczasowego małżonka i związuje się z kimś innym, z kim już rzekomo będzie "zdolna do podjęcia istotnych..." bla bla bla, w dodatku ślubując to przed posoborowym stołem? Dlaczego nie uważnia się tego pierwszego związku? Dlaczego proboszczowie mają gdzieś badanie zdolności nupturientów do zawarcia sakramentu? Czy ktoś słyszał, aby jakiś kapłan odmówił zgody na zawarcie małżeństwa z powodu niedojrzałości emocjonalnej narzeczonego lub narzeczonej? Aby odmówił narzeczonym, dla których ślub kościelny to tylko kolejna w życiorysie ceremonia do odfajkowania, złote obrączki, skrzypek z "avemariją" na chórze, obrzucenie ryżem, limuzyna, fotograf i balanga do białego rana? Połowa gimnazjalistów w naszym kraju nie zna Dziesięciu Przykazań Bożych. Obawiam się, że wśród nupturientów ten odsetek jest zdecydowanie wyższy. Czy ktoś sprawdza, czy oni w ogóle wierzą w Boga? Czy zdają sobiie sprawę z tego, czym jest sakrament małżeństwa? Jak można zezwolić na zawarcie sakramentu parze apostatów tylko dlatego, że mają "papiery" potwierdzające iż ich rodzice kiedyś ich ochrzcili, posłali do Pierwszej Komunii świętej i "odbębnili" Bierzmowanie? Albo weźmy dyspensowanie od przeszkód kanonicznych - znam co najmniej kilka osób, które występowały do biskupa o dyspensę i ją uzyskały. Nie znam nikogo, kto by wystąpił i nie dostał. Pytania mnożą się, jak króliki...

środa, 11 lipca 2007

Wakacyjny pomysł na mszę

Przyszły wakacje, a wraz z nimi upragniona wolność od przeróżnych obowiązków. Jest to czas, w którym można oderwać się od codziennej rutyny. To właśnie w tych dniach zdobywa się nowe doświadczenia i kosztuje nieznanych dotychczas doznań. Każda chwila potrafi być pełna niespodzianek, którym prawdziwego smaku dodaje nieustanna potrzeba ekscytującej improwizacji. Odskocznia od szarzyzny potrzebna jest także posoborowym duchownym. Jak lepiej ją zrealizować, jeśli nie np. przez uobecnienie śmierci Pana Naszego Jezusa Chrystusa w Najświętszej Ofierze Mszy na kupie śpiworów, ławeczce w altance lub przeciwdeszczowej ceracie turystycznej. Przecież w końcu tak naprawdę najważniejsza jest miłość i dobra zabawa.


Zdjęcia ze strony dominikańskiego DA Szopka z Rzeszowa

foto: Dominik Kleszyk; http://www.rzepienniksuchy.republika.pl/

Latoś obrodziło Małymi Kaziami...

Portal onet.pl uraczył nasz rzewną opowiastką Małego Kazia, zniechęcającą katolików do łaciny. Sam tekst jest nudny i nie wart cytowania, z uwagi na powielanie obiegowych bzdur o języku i kierunku celebracji (jakiś drugi Mały Kazio z Onet-u nawet dodaje "od siebie", że "Msze po łacinie i twarzą do ołtarza wprowadził Sobór Trydencki"), ale pozwalam sobie zamieścić tutaj zdjęcie, którym zilustrowano ów stek bzdur. Przedstawia ono typowego Novusa odprawianego na drewnianym stole przykrytym obrusem, na którym położono taflę szkła, przy użyciu szklanego kieliszka i aluminiowej michy odjętej od pyska jakiemuś Burkowi. Krucyfiksu i Mszału na blacie tegoż mebla również nie stwierdzamy. A może to tylko jakiś pokaz naczyń kuchennych wesołego komiwojażera?

wtorek, 10 lipca 2007

Logik soborowy - ks. dr Grzegorz Strzelczyk

Jak donosi Katolicka Agencja Informacyjna, zdaniem ks. dra Grzegorza Strzelczyka, teologa z Uniwersytetu Śląskiego, opublikowany dziś w Watykanie dokument dotyczący "niektórych aspektów nauki o Kościele" może skomplikować dialog ekumeniczny. Jego zdaniem stanowisko Kongregacji Nauki Wiary próbuje wracać do prób definiowania Kościoła od jakich odszedł Sobór Watykański II.

Ks. dr Strzelczyk zwraca uwagę, iż dokument Kongregacji w istocie dotyczy kwestii: "gdzie jest prawdziwy Kościół?" tzn. słynnego określenia "subsistit in" (trwa), którego użył Sobór Watykański II. Przypomina, że "w logice Soboru chodziło o to, że Kościół istnieje w pełni w Kościele katolickim ale to nie wyklucza jego istnienia w innych wspólnotach". - Kościół katolicki jest najpełniejszą konkretyzacją Kościoła Chrystusowego, ale elementy Kościoła czy w ogóle kościelność można przypisywać wspólnotom kościelnym np. Kościołom prawosławnym
.

Teolog z Uniwersytetu Śląskiego wyraził zdziwienie, że watykański dokument powraca do prób definiowania Kościoła poprzez wymienianie jego elementów konstytutywnych. - Sobór Watykański II wyraźnie odchodził już od tego myślenia, a w tym dokumencie mamy powrót do przeświadczenia, że dokładnie wiemy, co to jest Kościół, jesteśmy w stanie wymienić jego elementy konstytutywne a jeżeli komuś brakuje kilku tych elementów, to nie jest Kościołem"

W ocenie ks. Strzelczyka watykańskie "Odpowiedzi na pytania dotyczące niektórych aspektów nauki o Kościele" skomplikują dialog z protestantyzmem. - Jeżeli odmawiamy tym wspólnotom kościelności czyli charakteru bycia Kościołami to stawiamy dialog ekumeniczny pod mocnym znakiem zapytania dlatego, że z gruntu negujemy ich "legalność istnienia", wręcz mówimy, iż nie przystoi, żeby nazywały się Kościołami (...) to "trochę jak próba narzucenia naszych kryteriów eklezjologicznych Kościołom, które jednak mają własną eklezjologię". O tym też trzeba pamiętać: że eklezjologia rzymskokatolicka nie jest jedyną, chrześcijańską eklezjologią - przypomina teolog.

Na szczęście w Kościele katolickim obowiązuje nie "logika soboru" czy "duch soboru", tylko nauka katolicka, której wykład i prawdziwa interpretacja pochodzi od Stolicy Apostolskiej. Chyba nareszcie zaczyna się podmywanie kolosa na glinianych nogach, któremu na imię: Fałszywy Ekumenizm.

Co się zaś tyczy zastrzeżeń do definiowania pojęcia Kościoła - jak sobie ksiądz doktor szanowny wyobraża posługiwanie się pojęciem, które nie zostało zdefiniowane? Jeszcze 50 lat temu pacjent, który nie potrafił powiedzieć, co to jest Kościół - nie był dopuszczany do bierzmowania! Dzisiaj - jak widać - może nawet obronić doktorat z teologii...

Kościół Katolicki = Kościół Chrystusowy

W dniu dzisiejszym Kongregacja Nauki Wiary ogłosiła dokument, w którym czytamy między innymi:

Trzecie pytanie: Dlaczego zostało użyte wyrażenie „trwa w (subsistit in)", a nie po prostu forma werbalna „jest"?

Odpowiedź: Użycie tego wyrażenia, które oznacza pełną identyczność Kościoła Chrystusowego z Kościołem katolickim...

Posoborowym specjalistom od "kręgów Kościoła" tudzież zabłąkanym pomyleńcom bełkoczącym iż protestanccy czy prawosławni heretycy należą do Kościoła Chrystusowego - niniejszym dziękujemy.

Dziękujemy Ci, Ojcze święty, za przypomnienie zaczadzonym posoborowcom wiecznej i nieomylnie zdefiniowanej nauki Kościoła katolickiego.

Posłuszny jak kard. Vlk

Miłosław kard. Vlk na swoim blogu zamieścił dość zaskakujące omówienie niedawno wydanego papieskiego dokumentu "uwalniającego" Mszę św. Wszechczasów

Text indultu bude časem přeložen a celý uveřejněn. Srovnáme ho s předchozím dovolením Jana Pavla II. a případně s vyšší normou, s liturgickou konstitucí koncilu a poté budou vydány podrobnější směrnice o užívání indultu.

Za jakiś czas zostanie przetłumaczony i opublikowany cały tekst indultu. Porównam go z poprzednią zgodą Jana Pawła II i ewentualnie z ważniejszym dokumentem, z soborową Konstytucją o Liturgii, po czym wydam szczegółowe wytyczne dotyczące korzystania z indultu.


Ośmielamy się zauważyć, że pełna treść indultu jest od soboty opublikowana na stronie Stolicy Apostolskiej. Czyżby Jego Eminencja, Prymas Czech nie znał łaciny? A może nie potrafi przeczytać ze zrozumieniem poniższego tekstu:

Wszystko, co zostało postanowione przez Nas w niniejszym „Motu Proprio” ma być uznawane za postanowione i obowiązujące oraz rozkazujemy by obowiązywało od dnia 14 września tegoż roku od święta Podwyższenia Krzyża Świętego, wbrew wszelkim przeciwnym zarządzeniom.


(foto: Dan Materna, MAFA/MF DNES)

Novus Ordo OM - na TO nadal nie potrzeba żadnych indultów

Serwis CFNews opisuje z detalami zeszłoroczną "Mszę świętą" w "rycie" "indyjskim", odprawioną w kościele św. Anny w Toronto. Oczywiście "rycie" "zatwierdzonym" przez Konferencję Episkopatu Indii. Ciekawe tylko, czy o istnieniu tegoż "rytu" wie aby na pewno Stolica Apostolska?


plakat z zaproszeniem na "Mszę"


Aarti, czyli ofiarowanie światła bożkom


Ktoś wie, jaka to część Mszy nieświętej?


A tak wyglądała modlitwa do Kriszny, zastępująca Modlitwę Pańską.


Jeśli znajdę więcej czasu, to przetłumaczę naszym Czytelnikom co ciekawsze kawałki z opisu tego bluźnierczego aktu.

Obchody święta Bożego Ciała w Australii

Na stronie internetowej poświęconej "edukacji religijnej" - "Katolickiej" Szkoły Podstawowej im. Świętej Rodziny w Gowrie (diecezja Canberra, Australia) można przeczytać sobie, jak to personel szkoły ładnie "obszedł" święto Bożego Ciała (Corpus Christi) - wszyscy przyszli tego dnia do pracy poprzebierani za "coś", czego nazwa rozpoczyna się na literę "C".

Dyrektor szkoły przebrany za Klauna (Clown) i asystentka ds. edukacji religijnej przebrana za Kurczaka (Chicken)

Kompas (Compass) i Zegar (Clock)

Kanadyjczyk (Canuck) z Piłą łańcuchową (Chainsaw)

Jasnowidz (Clairvoyant)

Krowa (Cow)

Jesteśmy pewni, że dzięki powyższej akcji, uczniowie tej "katolickiej" szkoły pogłębili swoją wiarę w Rzeczywistą Obecność Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie.

Niewątpliwie, Ciasteczkowy Potwór byłby z nich dumny!

poniedziałek, 9 lipca 2007

Dwa łyki logiki, czyli kto był w sobotę 7 lipca 2007 r. sekretarzem generalnym Komisji Episkopatu Polski?

Po naszym sobotnim wpisie otrzymaliśmy szereg mniej lub bardziej obelżywych maili sugerujących nam nieuctwo w sprawie osoby piastującej od 16 czerwca 2007 r. stanowisko Sekretarza Generalnego KEP.

Jeden z naszych czcigodnych respondentów napisał np.:

"Stanisław Budzik, biskup pomocniczy diecezji tarnowskiej, został nowym sekretarzem generalnym Konferencji Episkopatu Polski. Biskupi wybrali go w drugim dniu 340. zebrania plenarnego. Pracę w Sekretariacie KEP rozpocznie w sierpniu."
Dotarło? Pracę w Sekretariacie KEP rozpocznie w sierpniu, a teraz mamy co?? Lipiec!


Niestety, proszę Księdza Dobrodzieja. Nie dotarło. Skoro Bp Budzik w dniu 16.06.2007 ZOSTAŁ (czas przeszły, dokonany) sekretarzem generalnym, ponieważ Bp Piotr Libera w dniu objęcia diecezji płockiej (31.05.2007) złożył REZYGNACJĘ, ze stanowiska Sekretarza Generalnego KEP, to znaczy że od momentu wyboru nowego Sekretarze Generalnego KEP , a więc od 16.06.2007, Bp Piotr Libera już NIE JEST Sekretarzem Generalnym KEP, a co najwyżej może grzecznościowo ZASTĘPOWAĆ obecnego SG KEP w Jego niektórych obowiązkach (tak, jak urzędnik zastępuje nieobecnego kolegę podczas urlopu czy innej niedogodności natury organizacyjnej utrudniającej mu normalne funkcjonowanie w strukturach urzędowych). Chyba, że mamy obecnie dwóch Sekretarzy Generalnych, w tym jednego "jeszcze urzędującego", drugiego - "sekretarza nominata", a w sierpniu odbędzie się "ingres" do gabinetu, połączony z protokolarnym przekazaniem kluczy od szafy pancernej i kodów do kserokopiarki? Nie... O taki poziom absurdu tak szacownego grona nawet nie śmiem podejrzewać.

Jak informuje serwis Caritas Polska, Bp Budzik 30.06.2007 na 100% był Sekretarzem Generalnym Konferencji Episkopatu Polski. Czyżby tylko jeden dzień "na próbę"?

---------------
aktualizacja, 09.07.2007 19:46

Nasz czcigodny respondent napisał znów:

Sytuacja jest podobna do prezydenta urzędującego i prezydenta-elekta. Bp St. Budzik rozpocznie pracę jako sekretarz generalny na początku sierpnia.

Księże Dobrodzieju, ośmielę się zauważyć iż prezydent-elekt nie jest prezydentem mimo oficjalnego ogłoszenia wyniku wyborów przez PKW, dopóki nie złoży przysięgi, a osoba odbierająca od niego tę przysięgę nie stwierdzi faktu prawidłowego złożenia przysięgi. Od tego momentu przestaje być elektem, a dotychczas urzędujący prezydent - przestaje być prezydentem, a staje się byłym prezydentem.
Ja rozumiem, że obecny Sekretarz Generalny KEP, Bp Stanisław Budzik do końca lipca przebywa na czymś w rodzaju "urlopu bezpłatnego" od niektórych "sekretarskich obowiązków", które wypełnia w Jego zastępstwie były Sekretarz Generalny KEP, Bp Piotr Libera.

niedziela, 8 lipca 2007

Niedziela Modlitw za Kierowców

Zupełnie umknęła naszej uwadze posoborowa Niedziela Modlitw za Kierowców. Hasłem modlitewnym tejże niedzieli było "Nie szarżuj". Na stronach Konferencji Episkopatu Polski znajdziemy oficjalny plakat tejże podejrzanej imprezy. Z Krzysiem i auto-nosorożcem. Nie wiemy, kto zacz ten "Krzyś" - może to taka posoborowa, neutralna odmiana św. Krzysztofa, który został w 1969 r. usunięty z Kalendarza Liturgicznego przez papieża Pawła VI?

Jak pisać gotowce - poradnik dla naszych Drogich Biskupów

Po opublikowaniu w dniu wczorajszym przez Ojca Świętego motu proprio Summorum Pontificum, "biskupi polscy" "włączyli się w pasterską misję Ojca Świętego Benedykta XVI" wydając rzekomo "oświadczenie", które nie dość, że nie trzyma się kupy i pomija zasadniczą treść omawianego rzekomo dokumentu, to jeszcze nosi datę 7 lipca 2007 r. i jest podpisane przez Sekretarza Generalnego Konferencji Episkopatu Polski - Biskupa... Piotra Liberę.

Sekretarka, która wczoraj wyciągnęła tego żenującego, zakurzonego "gotowca" z szuflady, dopisała na nim datę i rozesłała faksem po redakcjach chyba zapomniała, że biskup Piotr Libera od trzech tygodni nie jest już Sekretarzem Generalnym KEP. Ale który z dziennikarzy i łżeczników prasowych by sobie takimi duperelami zawracał głowę w sobotnie popołudnie?

Biskupi uzyskali dodatkowo niezamierzony efekt komiczny pisząc:

Biskupi polscy solidaryzują się z Ojcem Świętym w Jego trosce o jedność całego Kościoła. (...) Biskupi zachęcają wiernych do (...) częstego czerpania z duchowego skarbca liturgii Kościoła.

efekt ten ukazuje się w pełnej krasie, jeśli powyższą wypowiedź zestawić z żenującą wypowiedzią Prymasa Polski sprzed lat dziewięciu:

Wiemy, że idea wracania do Tridentinum, czy do mszału Piusa V jest anachronizmem. Przeżytych kształtów żaden cud nie wróci do istnienia. Jest to po prostu cofanie się. Można to sztucznie pobudzać, ale jest to typowe zarażenie się sekciarstwem i nie ma tu szansy na prawdziwy rozwój życia chrześcijańskiego. To wszystko, co odcina się od rozwoju myśli soborowej, jest skazane na wegetację typu sekciarskiego. Nie sądzę jednak, żeby to było zagrożenie dla Polski czy dla Kościoła powszechnego. Jest to moda wśród ludzi wrogich Kościołowi, którzy jak zwykle chcą mu przeszkadzać. Stąd podsuwanie takiej idei, która może być modna w pewnych kręgach, ale która merytorycznie nie przedstawia żadnych wartości chrześcijańskich, jest powrotem do form już przeżytych.

sobota, 7 lipca 2007

Summorum pontificum

W dniu 7 lipca 2007 r. Benedykt XVI wydał dokument potwierdzający stałe miejsce klasycznej liturgii rzymskiej we współczesnym Kościele. Msza św. oraz Sakramenty sprawowane w tym rycie mają w dalszym ciągu pełne prawo istnienia. Motu Proprio Summorum Pontificum stanowi bezprecedensowy przełom w historii posoborowego pędu do zniszczenia wszelkich związków Kościoła z Tradycją. Módlmy się, aby papieski dokument wydał dobre i święte owoce.

Motu proprio Summorum pontificum w języku polskim

List Ojca Świętego do biskupów

piątek, 6 lipca 2007

Dominikanki-posoborowianki podtrzymują kult Matki Ziemi

Siostry dominikanki-posoborowianki z Caldwell (USA) uczestniczyły na wiosnę 2006 r. w podwójnym święcie. Złożyło się bowiem tak szczęśliwie, że w jednej dacie zbiegło się poświęcenie nowo zainstalowanego systemu baterii słonecznych na ichniejszym domu macierzystym z celebracją okołoplanetarnego Święta Dnia Ziemi.

Świąteczny rytuał rozpoczęli w tym dniu żywiołowo i radośnie młodzi członkowie grupy modlitewnej z Akademii św. Dominika w Mount Saint. Siostry bowiem prowadzą zajęcia edukacyjne w różnych ośrodkach. Pochód dominikańskich czcicieli naszej planety zaopatrzony był w przeróżne kolorowe chorągiewki i wstążki, nie zabrakło także flagi Ziemi i transparentu Słońca. W dalszej części uroczystości miały miejsce czytania Pisma Świętego, dawanie świadectw, pokaz slajdów oraz koncert muzyki. W zabawie wzięli udział oprócz dominikanek, studentów z dominikańskich szkół wyższych, także przedstawiciele duchowieństwa różnych wyznań, uprzejmi urzędnicy miejscy, pracownicy państwowych biur i agencji, które sponsorują podobne inicjatywy oraz zachęcają do wykorzystywanie alternatywnych źródeł energii.

Siostra przeorysza Arlena Antczak OP (na zdjęciu obok) poprowadziła procesję na dach budynku, podczas której dokonano formalnego błogosławieństwa płytek baterii słonecznych. Tymczasem pozostali uczestnicy rytuału zebrali się na pobliskim placu. Dzwony, które odezwały się z wierzyczki domu macierzystego dominikanek oznajmiły pobliskim miasteczkom wesołą nowinę o słonecznej instalacji.

W refleksji na temat głębokiego znaczenia obrzędu błogosławieństwa baterii, siostra Alice Uhl, OP, członek władz zakonu, zauważyła: "Jezus powiedział: Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości ( Jan 10:10). W zgodzie tym duchowym przesłaniem instalacja baterii słonecznych jest konkretnym wyrażeniem zaangażowania sióstr dominikanek z Caldwell w życie i dobro przyszłych pokoleń".

Baterie słoneczne zostały zainstalowane w ramach projektu Lighting the Way (Oświecić drogę), który stanowi wspólną inicjatywę organizacji GreenFaith i Sun Farm Network. GreenFaith został założony w 1992 przez żydów oraz chrześcijan w New Jersey. Jego członkowie za cel stawiają sobie jednoczenie ludzi różnych religii, w celu ukazania związków pomiędzy świętością przyrody i podejmowaniem działań w trosce o aktualne i przyszłe życie naszej planety. Lighting the Way, GreenFaith i Sun Farm Network prowadzą w New Jersey działalność w kierunku propagowania energii słonecznej, koordynują zakładanie instalacji słonecznych przy dwudziestu pięciu ośrodkach religijnych w tym stanie. "Minęło już dwa lata naszej współpracy dla honoru Matki Ziemi, przez wykorzystywanie mocy Słońca. Mamy nadzieję, że projekt Lighting the Way będzie światłem przewodnim dla innych", wypowiedziała się Catherine Warshaw, dominikańska aktywistka ekologiczna.

"Każda główna tradycja religijna posiada teksty i tradycje, które dostrzegają świętość przyrody, wypływa z nich nakaz dla całej ludzkości, aby chronić ziemię, i aby zdawać sobie sprawę, że wszyscy ludzie zasługują na czyste, bezpieczne środowisko" powiedział "episkopalny ksiądz" Fletcher Harper, dyrektor wykonawczy GreenFaith. "Nowa instalacja słoneczna sióstr dominikanek jest fantastycznym duchowym i etycznym świadectwem miłości do Ziemi". W ciągu następnych dwudziestu lat system wytworzy około 1.28 miliona kilowatogodzin elektryczności i zapobiegnie emisji do atmosfery 1.4 milion funtów gazu cieplarnianego, co znacząco pomoże w walce z ociepleniem klimatu.

Dominikanki z Caldwell mogą poszczycić się długą historią, jeśli chodzi o zaangażowanie w ochornę środowiska. Jak bowiem piszą na swojej stronie internetowej - Nasze świadectwo wypływa z udziału w Stowarzyszeniu w sprawie niestosowania przemocy i zawiera mocne zobowiązanie do tego, aby wykorzenić przemoc wobec ziemi, wpoić respekt i miłość do naszej planety, dla jej szczodrych zasobów i jej żywych istot. Projekt Lighting the Way dostarcza pasjonujących wyzwań naszemu dominikańskiemu zgromadzeniu, aby głębiej zaangażować się w życie na naszej rodzimej planecie. Mamy nadzieję, że ta instalacja będzie zachęcać inne zgromadzenia i instytucje religijne, aby szły w nasze ślady.

Zobacz także jak rozwija się kult św. Ekologii w Kościele posoborowym

czwartek, 5 lipca 2007

Wytańczyć kawałek Ewangelii (zamiast kazania)

Ks. dr Andrzej Przybylski na łamach tygodnika Niedziela zwierza się czytelnikom ze swoich ukrytych pragnień:

"Bardzo żałuję, że nie umiem tak pięknie tańczyć, żeby kiedyś zamiast kazania wytańczyć kawałek Ewangelii. Przed laty byłem na przedstawieniu, podczas którego jakiś hinduski kapłan katolicki tańczył, ilustrując ewangeliczne przypowieści. Taniec jest nie tylko wyrazem radości, ale także znakiem miłości. Najpiękniej tańczy się z kimś ukochanym albo dla kogoś, kogo się kocha. Czemu więc, w związku z tym, nie można by zatańczyć na cześć samego Pana Boga? Król Dawid tańczył, skakał z radości przed Arką Pana. To był wyraz wielkiej wdzięczności i chwały, jaką ten wielki król Izraela chciał oddać swojemu Bogu. Kiedy Maryja, z Jezusem w swoim łonie, odwiedziła swoją brzemienną kuzynkę Elżbietę, jej dziecko – Jan Chrzciciel poruszył się w jej wnętrzu. Ponoć dosłownie zapisane jest w Ewangelii, że zatańczył z radości. Pewnie dlatego tysiące młodych ludzi na Lednicy tańczy całą noc, aby wyrazić swoją miłość do Boga. Z zachowaniem pewnych proporcji i porządku byłoby chyba pięknie, gdybyśmy na spotkaniach modlitewnych mogli również uwielbiać Boga tańcem. Znam sporo takich grup, które modlą się, tańcząc. Powstają specjalne układy taneczne do piosenek religijnych i wreszcie młodym pozwala się tańczyć na chwałę Boga. Zgadzam się, że taniec to nie wszystko i nie każdy taniec jest na chwałę Boga, ale jeśli ktoś robi to naprawdę w porywie serca i ku chwale Boga, to niech tańczy, tańczy, tańczy… A co z tymi, którzy się gorszą? Wierzę, że wynika to z ich wielkiej troski o Boga i z przyzwyczajenia, że można Go wielbić tylko w sposób statyczny i cichy. Kiedy jednak spokojnie im to wytłumaczymy, wiem, że zrozumieją.

Karykatura pt. "Do czego powoli doprowadza posoborowa reformacja liturgiczna"

Któregoś razu rekolekcje dla naszej wspólnoty prowadzili studenci z Bydgoszczy, z DA „Martyria”. Każdego roku przygotowują oni tzw. sacronowelę, czyli taneczny spektakl nawiązujący do Biblii i mający charakter ewangelizacyjny. To są naprawdę głębokie sceny. Po jednym takim przedstawieniu, gdy młodzi skakali i tańczyli wokół ołtarza, spotkałem się z różnymi komentarzami. Ktoś zwrócił mi uwagę, że „tu niestety jest Pan Jezus”, a jakaś pani, nieco obruszona, stwierdziła, że przecież nie wolno się tak głośno zachowywać w świątyni. Naprawdę z życzliwością zapytałem ją tylko, czy Pan Jezus śpi i może przez ten taniec zbudzimy Go ze snu? Uśmiechnęła się i powiedziała, że przecież to niemożliwe, żeby Pan Bóg spał, bo chce być z nami i chce udzielać nam swojej radości. Dała się przekonać, usiadła w ławce i przyglądała się ewangelizacyjnym tańcom młodych ludzi. Pod koniec tej tanecznej prezentacji podszedłem do niej, by zapytać, jak teraz to wszystko odbiera. Odpowiedziała z uśmiechem: „Och, niech tańczą, proszę księdza, przecież Pan Jezus nie śpi w kościele!”."

Nowatorstwo - czyli sposób na nudę

Nietypową adorację Najświętszego Sakramentu zaproponował mieszkańcom wsi Wadlew pod Bełchatowem ks. Jarosław Burski (na zdjęciu), proboszcz miejscowej parafii św. Floriana. Duchowny ustawia monstrancję na postumencie między ławkami. Niecodzienny klimat tworzy 600 świec ustawionych na podłodze oraz trzy teatralne reflektory, które z trzech stron oświetlają hostię.

- Wprowadzam do adoracji osobistymi biblijnymi rozważaniami - mówi. - Potem ludzie mogą dotknąć monstrancji, jak ewangeliczna kobieta cierpiąca na krwotok, która z wiarą dotknęła szat Jezusa i wyzdrowiała.

Parafianie są pod wrażeniem.

- Bardzo to przeżywam. Czuję się, jakbym dotykała samego Boga, wszystko inne staje się wtedy nieważne - wyznaje Wanda Michalewska, emerytowana stomatolog.

Inicjatywa nazwana została Szkołą Medytacji Biblijnej. Z niekonwencjonalnej modlitwy korzysta ponad sto osób. Ksiądz Sławomir Sosnowski, wykładowca liturgiki w Wyższym Seminarium Duchownym w Łodzi, nie słyszał o innej parafii w Polsce, która wpadłaby na taki pomysł. Zauważa, że sposób eksponowania monstrancji w Wadlewie jest sprzeczny z przepisami liturgicznymi, które mówią o wystawianiu Najświętszego Sakramentu na ołtarzu bądź w kaplicach adoracyjnych. - Poszukiwanie w dążeniu do pogłębienia religijności jest rzeczą dobrą - uważa ks. Sławomir Sosnowski. - Należy tylko pamiętać, by nie przekroczyć granicy pomiędzy klimatem liturgii a efektami teatralnymi.

Ks. Bogdan Dziwosz, przewodniczący komisji ds. liturgii i muzyki w Kurii Archidiecezji Łódzkiej, nie chciał się na ten temat wypowiadać.

Eksperyment chwali natomiast ks. doktor Mateusz Matuszewski, konsultor Komisji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów przy Konferencji Episkopatu Polski, i księdza Burskiego stawia za wzór leniwym proboszczom.

- Nie sądzę, by ksiądz z Wadlewa przekroczył jakieś granice. I chwała mu za to, że potrafi treści sprzed dwóch tysięcy lat skutecznie przybliżyć, posługując się współczesną muzyką - cieszy się ksiądz konsultor - W adoracji chodzi o poczucie bliskości z Bogiem, właśnie takiej na dotyk ręki. Taki efekt jest osiągany, a na dodatek ludzie przekonują się, że adoracja nie równa się nuda.

(Magdalena Hodak)

Dziennik Łódzki

środa, 4 lipca 2007

Ołtarze ks. Karola Wojtyły

Pisaliśmy swego czasu o Mszy św. odprawionej przez ks. Wojtyłę 17 września 1953 r. na ołtarzu z deski, umocowanej na kopce siana w drzwiach szałasu, w pobliżu Hali Turbacz. Dla upamiętnienia tego wydarzenia, zbudowany został w tym miejscu swoisty pomnik o nazwie "Szałasowy ołtarz" (patrz zdjęcie). Dzisiaj wsłuchajmy się w inne świadectwa, które zdradzają nam, na jakich jeszcze "ołtarzach" odprawiał swoje msze ks. Wojtyła.

"Zacząłem jako kapłan, i to kapłan pracujący naukowo (ta okoliczność jest ważna), uprawiać turystykę dla wypoczynku. Wkrótce jednak zorientowałem się, że wypoczynek ten można wykorzystać, jeżeli nie bardziej po kapłańsku, to z pewnością bardziej po duszpastersku. (...) Msza św. codzienna na ołtarzu przenośnym w różnych fantastycznych zakątkach naszej ziemi; ołtarz na wiosłach, ołtarz na śniegu, ołtarz na plecakach - żywa natura (nie tylko wytwór ludzkiej sztuki) bierze udział w Ofierze Syna Bożego."

Jan Paweł II, Autobiografia, Wydawnictwo Literackie 2002.

"W dniu 10 stycznia 1954 r. ks. Karol Wojtyła w towarzystwie pięciu przyjaciół ze "Środowiska" wyszedł na Leskowiec, a w dniu 21 stycznia wędrował na nartach z Huciska przez Jałowiec, Kiczorę, Magurkę do Suchej. W trakcie tej wędrówki złamał nartę i część wędrówki musiał odbyć, jadąc na saniach. W następnym miesiącu wędrował z krakowskimi fizykami po Beskidzie Wyspowym i po Gorcach. Tym razem trasa prowadziła przez Tymbark, Mogielicę, Jasień, do Rzek. Następnie narciarze przejechali pociągiem z Nowego Targu przez Suchą do Huciska, aby wyruszyć na kolejną wędrówkę. Z Huciska podeszli po ciężkim śniegu do Koszarawy i dotarli na nocleg do stacji turystycznej. Kolejnego dnia powędrowali na przełęcz Klekociny oraz na Halę Kamińskiego. Następnie przez Przełęcz Jałowiecką dotarli do schroniska PTTK na Markowych Szczawinach. Kolejnego dnia na czczo, bo wówczas przed Mszą Św. post eucharystyczny obowiązywał od północy, wyruszyli w kierunku Zawoi. Na pobliskiej polanie późniejszy Ojciec Święty odprawił Mszę Św. w drzwiach szałasu, na ołtarzu zbudowanym z plecaków. Potem było śniadanie i zjazd nartostradą do Zawoi Widły."

Karol Życzkowski, Trasy narciarskie Ojca Św. w Polsce

"Rok kolejny 1955 był niezwykle bogaty w narciarskie przeżycia Ojca Świętego. W dniach 20 stycznia - 2 lutego ks. Karol Wojtyła uczestniczył w obozie narciarskim kierowanym przez Jerzego Janika w dolinie Jamnego w Ochotnicy Górnej. Bazą obozu było najwyżej położone zabudowanie w przysiółku Skałka - góralska chata Katarzyny i Józefa Janczurów. Pobyt w niej przyszłego papieża upamiętniono tablicą zamontowaną w roku 2004. Wynajęta izba była nieopalana, więc jeden z uczestników obozu przetransportował z Krakowa żelazny piecyk ("kozę"), który postawiono w środku izby. Pod przeciwległymi ścianami porozkładane były śpiwory, z jednej strony chłopców, a z drugiej dziewcząt. Podczas tego obozu Ojciec Święty wyszedł ze Skałki na Turbacz przez Kiczorę i wrócił tą sama trasą. Większą wycieczkę stanowiło wyjście na Lubań. Pierwszego dnia zjechano do Ochotnicy Górnej i po podejściu na grań zanocowano w przysiółku Studzionki, na południowej stronie grzbietu. Po noclegu grupa wyszła na czczo na szczyt Lubania, gdzie w miejscu oferującym wspaniały widok na Tatry ustawiono ołtarz z nart, przy którym ks. Wojtyła odprawił Mszę św. Po posiłku zjechano przez Przełęcz Knurowską do Ochotnicy Górnej, po czym grupa powróciła na Skałkę."

Karol Życzkowski, Trasy narciarskie Ojca Św. w Polsce.

"W 1956 r. wszedłem do grupy młodzieży akademickiej skupionej wokół księdza Karola Wojtyły. [...] Największa z wycieczek z Wujkiem, w których uczestniczyłem, to wyprawa w Bieszczady od 3 do 12 VIII 1956 r. [...] Niezapomniana była zwłaszcza Msza pod szczytem Połoniny Caryńskiej o wschodzie słońca, a także w schronisku turystycznym utworzonym wówczas na terenie byłej strażnicy WOP w Ustrzykach Górnych. Ołtarz był budowany z plecaków i przykrywany kocem. "

Włodzimierz Gajewski, Moje spotkania z Ojcem św. Janem Pawłem II.

"Jan Paweł II, gdy podczas spływu odprawiał msze, to często ołtarzem był odwrócony kajak, a dwa związane wiosła stanowiły nad tym prowizorycznym ołtarzem krzyż."

Roman Koenig, Karola Wojtyły turystyczne szlaki.

"Ksiądz Wojtyła nosił w plecaku wszystko, co było potrzebne do odprawiania a więc pudełeczko z hotiamii, flaszeczkę z winem, rozkręcany na dwie części krzyż, relikwiarz, mszalik benedyktyński, obrus i szaty liturgiczne. Zwalnialiśmy go za to z noszenia" żywności. Ołtarz robiliśmy najczęściej ze stolika. Pamiętam też ołtarz z siana, gdy ks. Wójtyła odprawiał Mszę św. w bacówce na Garbaczu w trakcie letniej wycieczki. Przyszły wtedy. akurat dwie góralki i razem z nami uczestniczyły we Mszy św. Raz w zimie, po noclegu w małym przysiółku na grani Lubania wybraliśmy się rano na sam szczyt, by tam odprawić Mszę św. i spojrzeć na widoki. Zmęczyliśmy się bardzo, bo ze względu na obowiązujący wówczas post eucharystyczny byliśmy bez śniadania. Mieliśmy jednak wielką satysfakcję. Pogoda była dobra, śniegu masę. Zbudowaliśmy ołtarz z nart w miejscu, z którego rozpościerał się widok na Tatry. Był to chyba najpiękniejszy kościół, jaki by można sobie wyobrazić."

Jacek W. Hennel, Wujek, czyli ksiądz Wojtyła.

Marcin Luter - Ojcem Soboru Watykańskiego II...

... możemy usłyszeć na antenie Radia Maryja.
Ks. prof. dr hab. Marek Chmielewski z KUL, w programie Duc in Altum w dniu 21 czerwca 2007 r. kończy swoją gawędę o duchowości Marcina Lutra, podsumowując tymi słowy cykl swoich audycji:

"Patrząc z obecnej perspektywy Kościoła katolickiego po Soborze Watykańskim Drugim widać jak w wielu kwestiach Marcin Luter miał prawidłowe wyczucie sprawy Bożej. A ponieważ swoimi poglądami burzył różne utrwalone reguły życia religijnego i społecznego, dlatego nie zawsze był dobrze rozumiany nawet wśród swoich zwolenników. Nie znaczy to, że we wszystkim miał racę. Kontrowersyjne a wręcz bulwersujące są na przykład jego poglądy na temat żydów...."

Więcej przykładów nie ma. Jedyną kontrowersję, jaką Ksiądz profesor widzi w nauce kacermistrza XVI wieku, to... po prostu zbyt duży antysemityzm! Poza tym "Brat Marcin" wyprzedził swoją epokę i stał się prekursorem Kościoła posoborowego.

wtorek, 3 lipca 2007

Novus Ordo schodzi do podziemia!

Wraz z pojawiającymi się pogłoskami o rychłym ogłoszeniu papieskiego dokumentu, dotyczącego Mszy św. w klasycznym rycie rzymskim, zaobserwowano tendencję schodzenia zwolenników liturgii posoborowej do podziemia. - Chcemy, aby liturgia Wieczerzy Pańskiej była dokładnie taka sama jak za czasów pierwszych chrześcijan - zapowiadają - Nigdy nie zgodzimy się na uczestnictwo w Uczcie Eucharystycznej, która odprawiana jest do nas tyłem, i która pochodzi z czasów inkwizycji.

Z dala od od coraz bardziej aktywnych grup tradycyjnych, zawłaszczających sobie kościoły, osoby przywiązane do hasła aggiornamento, znajdują możliwość spokojnego celebrowania Pamiątki Pana w znalezionych ad hoc jaskiniach.

Liczne niedogodności i prowizoryczne warunki, niemal jak w starożytnym Rzymie, w czasie liturgii podziemnej rekompensowane są przez niczym nie ograniczoną kreatywność i możliwość dowolnej improwizacji. - Zostało niewiele czasu - przewodniczący zgromadzenia spogląda nerwowo na zegarek. Wspomnienie Uczty Paschalnej przeciąga się do 35 minut.

Msza Św. w Wiercicy 3.6.2007 r., o. Piotr Graczykowski (jezuita)
foto: http://modelek13.webpark.pl; więcej zdjęć, reportaż w tvn

Członkowie ruchów posoborowych zapowiadają wystosowanie prośby do papieża, o zatwierdzenie nowych elementów stroju liturgicznego (chodzi głównie o dodatkową lampkę na głowę i liturgiczne dresy, tudzież liturgiczny kombinezon).

foto: http://www.xaverianum.pl/

Jezuicki Ośrodek Formacji i Kultury Xaverianum w Opolu prowadzi od ubiegłego roku specjalistyczne szkolenia, których celem jest przystosowanie posoborowych fundamentalistów do możliwie szybkiego ukrycia się w katakumbach. Odbywają się one w formie obozów skałkowo-jaskiniowych, a ich uczestnicy uczą się m.in. jak na swoje potrzeby wykorzystać możliwie najmniejsze naczynia liturgiczne.

poniedziałek, 2 lipca 2007

Liturgiczny taniec afrykański w służbie Nowej Ewangelizacji

Odbywający się w tym roku festiwal Song of Songs - na szczęście - dobiegł już końca. My jednak wróćmy się trochę wstecz, aby przypomnieć sobie wydarzenia towarzyszące ubiegłorocznemu festiwalowi.

W ramach festiwalu Song of Songs 30 czerwca 2006 w Toruniu odbyły się Warsztaty Tańca Liturgicznego Afrykańskiego, przygotowane przez toruńską grupę Międzynarodowego Wolontariatu Misyjnego "Don Bosco". Warsztaty prowadziła s. Celina Natanek - Siostra Misjonarka Afryki (Siostra Biała), która z pełnym zapałem zarażała uczestników warsztatów duchem Ludzi Wschodniej Afryki.

Kurs tańca odbywał się w domu Duszpasterstwa Akademickiego oo. Jezuitów. Siostra przywiozła ze sobą m.in. batiki, specjalne kolorowe stroje, instrumenty stworzone przez Tanzanijczyków i co najważniejsze gorącego ducha misyjnego.

W warsztatach ostatecznie uczestniczyły w nich same dziewczyny - nie licząc ciągle gotowego do pomocy Filipa. Grupa tancerek liczyła 14 osób. Na warsztatach tańczono głównie do pieśni liturgicznych autorstwa mieszkańców Tanzanii, Malawi i innych krajów Wschodniej Afryki. Dziewczyny uczyły się nie tylko tańca, ale i śpiewu w języku suahili. Pierwszego dnia warsztaty zakończyły się później niż to było planowane. Panująca atmosfera wprowadzona przez s. Celine sprawiła, że nikt nie chciał przerywać tej wielkiej nauki modlitwy - pochodzącej z samej Afryki.

Następnego dnia 1 lipca 2006 r. o godz. 12.00 uczestniczki warsztatów, zatańczyły taniec uwielbienia podczas Mszy św. celebrowanej przez księdza biskupa Józefa Szamockiego w Toruńskiej Katedrze.

Taniec jest jednym ze sposobów wyrażania radości względem Pana Boga. Dlatego też podczas Mszy św. do wykonywanego tańca bardzo spontanicznie włączyła się cala wspólnota eucharystyczna klaskając w rytm muzyki - ukazując w ten sposób, że Kościół wciąż jest żywy i młody duchem. Po Mszy św. uczestniczki warsztatów miały okazje porozmawiania z ks. bp. Józefem Szamockim. Dla ks. Biskupa - członka Komisji ds. Misyjnych Episkopatu Polski, taniec afrykański nie jest niczym obcym. Sam opowiadał o Zambii - kraju, w którym był na misjach oraz zachęcał do zaangażowania sie w działanie na tym polu.

Warsztaty trwały dwa dni. Przez ten czas jej uczestniczki zdążyły przeniknąć duchem Afryki i z pewnością na długo pozostaną w ich pamięci nauki udzielone im przez s. Celinę.

na podstawie świadectwa Anii Zurawskiej - organizatorki i uczestniczki.

www.siostrybiale.pl